Bezideowość ma konsekwencje

Bezideowość ma konsekwencje

Trzeba się cofnąć pamięcią do czasów PRL, żeby zrozumieć to, co robi Sojusz Lewicy Demokratycznej, a zwłaszcza to, czego nie robi. Po którymś zjeździe PZPR Staszek Tyrowicz, student socjologii, a może już asystent, zapytał mnie, co myślę o zmianach personalnych w Komitecie Centralnym. Odpowiedziałem, że dobrze myślę, bo awansowali działacze bezideowi. Tyrowicz zdziwił się, a może i zgorszył moją opinią, więc się wytłumaczyłem: bezideowi, a więc nie będą forsować budowy socjalizmu ani gorliwie narzucać – co robili ich ideowi poprzednicy – marksizmu jako obowiązkowego światopoglądu państwowego; można się po nich spodziewać trzeźwego pragmatyzmu i kierowania spraw w stronę normalności. Tyrowicz pokiwał głową, że mnie rozumie, niewiele powiedział, bo był skąpy w słowach, ale nie było widać po nim przekonania, że z bezideowości może wyniknąć coś dobrego. Ja również byłbym wolał, żeby partia rządząca odchodziła od ustroju socjalistycznego (w dzisiejszym języku: komunistycznego) ze świadomością, że panująca ideologia jest fałszywa, społeczeństwo należy opisać inaczej i z prawdziwego opisu wyciągnąć wnioski praktyczne. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość owej bezideowości: ułatwiła ona pokojowe pozbycie się wadliwego ustroju. (Niektórzy mówią: „nieludzkiego ustroju”, mnie jednak ustrój, w którym według powszechnego przekonania, czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy, nie kojarzył się z niczym nieludzkim).

Bezideowość jest właściwością wysoce relatywną. Jest godna uznania, gdy polega na odrzuceniu fałszywej idei, ale oznacza tępotę, gdy jest lekceważeniem walki idei i roli, jaką odgrywają idee w polityce. „Idee mają konsekwencje”, głosi tytuł książki pewnego amerykańskiego konserwatysty.

Pozwolę tu sobie na dłuższą dygresję, z której może wyniknie coś znaczącego dla głównego tematu. André Malraux, sławny pisarz i minister kultury u gen. de Gaulle’a, pisze w swoich „Antimémoires” o wrażeniach, jakie wyniósł z rozmów w Pekinie z elitą kierowniczą Chin, z samym Mao, z ludźmi z jego kręgu, z najwyższymi dowódcami wojskowymi. Zapadła mi w pamięć opinia, że ci ludzie w kraju, któremu totalnie narzucili utopijną świadomość, gdzie przybysz z zagranicy spodziewa się tylko zniewolenia umysłów, sami w swoim kręgu czuli się wolni i zachowali wolność myślenia. Byli więc – ale to już ja mówię – jak gdyby podwójnie ideowi: ową oficjalną utopią oraz drugą ideą, która sprawiła, że w niezwykle inteligentny sposób odeszli od komunizmu, nic nikomu nie mówiąc, że zaszła jakaś zmiana. Oczywiście takiej finezji (słowo biorę od Wałęsy) nie można się spodziewać w nieco barbarzyńskich narodach, jak Polacy czy Rosjanie.

I jeszcze raz z rozpędu odwołam się do Malraux. W wywiadzie dla warszawskiego tygodnika „Kultura” – było to jakieś 40 lat temu – wypowiedział sąd o polskiej warstwie rządzącej. Żałowałem, że „nie do końca” był to sąd prawdziwy. Pamiętam ogólny sens tej wypowiedzi: elita władzy wywodzi się z ludu i wyłoniła się na fali emancypacji ludu, przez wieki pozostającego poza historią; jest dumna z państwa, które podniosła z wojennej nicości, czuje się odpowiedzialna za nie i przejmuje narodową tradycję. W jego wyobrażeniu ludzie tej władzy nie byli ofiarami indoktrynacji, przeciwnie, mieli swoją ideę polityczną odpowiadającą polskiej rzeczywistości. Jest w tym nieco prawdy i można odnieść ją do ludzi takich jak np. Józef Tejchma i podobni mu, ale nie do większości. Biorąc od strony kadr, władza wywodziła się głównie z drobnomieszczaństwa, ale także z burżuazji (przypomina mi się Adam Schaff i jego patrycjuszowska arogancja), a nawet z ziemiaństwa (Jaruzelski i nie tylko), także z kręgów byłych wielkich obszarników, jak choćby jeden z redaktorów naczelnych tygodnika „Kultura”. (Książę Krzysztof Radziwiłł był szefem protokołu u Bieruta, a nie w rządzie londyńskim, jak napisała pani Ostałowska w „Gazecie Wyborczej”). Nie wspominałbym o tym, gdyby nie denerwujący stereotyp o chłopskim pochodzeniu elity władzy w Polsce Ludowej.
Aparat partyjny PZPR patrzył na rzeczywistość przez ideologiczne okulary i miał uwagę skierowaną głównie na to, co później nazwano nadrzeczywistością, czyli na socjalizm, po dzisiejszemu komunizm: „nie chodzi nam o wzrost gospodarczy, chodzi o socjalistyczny wzrost gospodarczy”, „nie chodzi o kulturę, chodzi o socjalistyczną kulturę” itd., itp. I oczywiście najbardziej drobiazgowo zajmowano się tym, co mogło szkodzić tej „nadrzeczywistości”.

Gdy upadł socjalizm, opozycja skwapliwie ogłosiła, że upadł PRL. W rzeczywistości poza „komunizmem” istniał realny, złożony organizm narodowy ze wszystkimi klasycznymi instytucjami państwowymi i kulturalnymi. Państwo polskie wychodząc od nicości, do jakiej doprowadziła je wojna, odnosiło sukcesy na wielu płaszczyznach i, biorąc globalnie i proporcjonalnie, nie były one mniejsze niż osiągnięcia ostatniego 25-lecia. Przeciwnie: stosując historyczną perspektywę, widać, że były ważniejsze, bardziej fundamentalne. W życiu dzisiejszych pokoleń tamte dokonania gospodarcze, kulturalne i państwowotwórcze ciągle więcej znaczą niż bezsporne wygody, jakie przyniosła restauracja przedsocjalistycznego porządku, zwłaszcza feudalnej gospodarki.

Dla ludzi SLD – działaczy i wyborców – być dziś ideowym, znaczy uznać osiągnięcia narodowe okresu powojennego 40-lecia i bronić do upadłego legalności państwa Polski Ludowej. Że tacy są wyborcy – jestem pewien, za działaczy nie ręczę, a raczej mam jak najgorsze przeczucia. Próby jednoczenia się na okoliczność wyborów z kłótliwymi ugrupowaniami lewicowymi stanowiącymi sumę zer i dystansowanie się od własnych naturalnych wyborców, aby przyciągnąć malkontentów bez politycznego oblicza, zapowiadają zejście SLD ze sceny i niepozostawienie po sobie żadnej idei.

Wydanie: 28/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy