77 dni

Na targowisku w mojej miejscowości kobieta w średnim wieku rozdaje ulotki, w których w systematyczny sposób opisane jest, ile to budżet Polski będzie musiał dopłacić do Unii Europejskiej, o ile po wstąpieniu do Unii wzrośnie u nas bezrobocie, o ile wzrosną ceny cukru, papierosów, jajek i benzyny, a także jak przy okazji stracimy Ziemie Odzyskane, wiarę i moralność. Ulotki te czytane są z zastanowieniem i na serio, ponieważ operują językiem konkretów.
W tym samym czasie z prasy i telewizji dowiaduję się, że w Pałacu Prezydenckim odbyło się spotkanie proeuropejskich partii politycznych, które zadeklarowały współpracę, i powołany został jeszcze jeden minister odpowiedzialny za integrację z Europą.
Przed budynkiem w Gnieźnie, gdzie odbywało się spotkanie intelektualistów katolickich debatujących o duchowych aspektach Unii Europejskiej, rozdawano balony oznaczające „balona\”, jakiego zrobi z nas Europa, i wystawiono transparenty tłumaczące to samo na piśmie.
Wygląda więc na to, że na 77 dni przed referendum europejskim, gdy piszę ten felieton, integracja europejska odbywa się na salonach, a agitacja antyeuropejska na ulicy i na jarmarku.
Jest to sytuacja niepokojąca, o nieobliczalnych konsekwencjach. Co gorsza zaś, działalność mediów i ośrodków dyspozycji politycznej zdaje się całkowicie ją lekceważyć. Aby się o tym przekonać, wystarczy czytać gazety, w których na pierwszych stronach ekscytujemy się nie zbliżającym się referendum, od którego zależy na długie dziesięciolecia przyszłość Polski, lecz rozmaitymi aspektami tzw. sprawy Rywina, gdzie podnieca nas głównie stopień rozkładu struktur państwa i brak wiarygodności poszczególnych jego przedstawicieli. Im bliżej głosowania europejskiego, tym usilniej państwo polskie prezentowane jest jako system rozchwiany, niedołężny i niewiarygodny, przeżarty przez korupcję i podskórne intrygi koterii biznesowo-politycznych, kierowany przez ludzi małostkowych i pozbawionych jakiejkolwiek wizji. Opis tego stanu uzupełnia także Aleksander Smolar, pisząc w „Gazecie Wyborczej\” (18.03.br.), że „Polska straciła busolę w polityce zagranicznej\”, a także że „pozycja Polski i jej wiarygodność w UE została osłabiona\”, tym razem przez nasze wątpliwe posunięcia w związku z wojną w Iraku. „Partnerem Polski w Europie nie będzie Hiszpania ani nawet Anglia\”, twierdzi słusznie Smolar, ale państwa leżące w jej historycznym od czasów Karola Wielkiego centrum, a więc Francja i Niemcy, z którymi właśnie, na tle wojny z Irakiem, jesteśmy poróżnieni. Zamiast zdecydowanej postawy proeuropejskiej, która oddziaływać powinna także na oddających swój głos w referendum obywateli, prezentujemy postawę dwuznaczną, co zaś do stanu państwa, bawimy się coraz częściej sloganem „Czwartej Rzeczypospolitej\”, chcąc porzucić trzecią jak zepsutą zabawkę, zanim jeszcze zdołaliśmy ją jako tako umieścić na mapie kontynentu.
W tej sytuacji pora na pytania zasadnicze. A więc co można jeszcze zrobić w ciągu 77 dni, aby chwiejny i niejasny wynik zbliżającego się referendum przechylić na stronę opcji proeuropejskkej?
Otóż wydaje mi się, że jest już nieco zbyt późno, aby cierpliwie i dogłębnie objaśniać cywilizacyjne i kulturalne korzenie cywilizacji europejskiej, z którą jesteśmy związani, ale przecież nie wyłącznie, czemu dała kiedyś wyraz Maria Janion, tytułując swoją książkę „Do Europy – ale z grobami naszych zmarłych\”, co miało oznaczać, że nasi zmarli niekoniecznie byli Europejczykami. Na tę dyskusję, bardzo ważną, będziemy jeszcze mieli czas.
Nie sądzę też, aby argumentem podstawowym miało być prostowanie danych finansowych dotyczących kosztów i korzyści integracji europejskiej, zwłaszcza że pierwsze lata naszej obecności w Unii z pewnością będą trudne. A przecież dotąd głównie o tym mówiliśmy.
Najważniejszym natomiast argumentem, który warto wypowiedzieć na głos 77 dni przed referendum, jest to, że większość podstawowych faktów związanych z integracją europejską po prostu już się stała. Dotyczy to przede wszystkim faktów negatywnych, takich jak obalenie zapór celnych chroniących nasz obszar gospodarczy przed napływem zagranicznych towarów, a także związany z tym, jak określa to prof. Kabaj, import bezrobocia. Te fakty już nastąpiły, płacimy za nie słoną cenę, ale nie można ich cofnąć przez odmowę uczestnictwa w Unii.
Można natomiast liczyć na stopniową likwidację ich skutków właśnie w ramach integracji unijnej. Wystarczy przyjrzeć się chociażby, ile naszych obecnych planów gospodarczych – od regionalnych poczynając, a na ogólnonarodowych, jak autostrady na przykład, kończąc – opartych jest na rachubach rozmaitych dopłat europejskich. Odmowa uczestnictwa w Unii oznaczać więc może jedynie decyzję wręcz absurdalną, a więc poniesienie kosztów – które już ponieśliśmy – przy równoczesnej rezygnacji z zysków, niezależnie od ich wielkości czy terminów.
Myślę, że trzeba mówić o tym szczerze, czego dotychczas unikaliśmy. Trzeba mówić szczerze o tym, że samodzielność gospodarcza i społeczna Polski – jak i każdego innego niewielkiego kraju – w warunkach globalizacji jest mrzonką. Nie wybieramy bowiem między tym, czy będziemy rządzić się sami pomiędzy Odrą i Bugiem jako szczelnie zamknięta enklawa, czy też staniemy się częścią europejskiego organizmu gospodarczego, lecz między tym, czy będziemy w tym organizmie jednym z podmiotów, czy też jedynie bezwolnym przedmiotem.
Ten wybór zaś jest tym prostszy, że nie ma dlań alternatywy, na przykład w postaci podobnie globalnego organizmu na Wschodzie lub Południu. Południe – Czechy, Węgry, Słowacja – pójdzie do Unii, Wschód zaś – Rosja przede wszystkim – nie bardzo nas potrzebuje, mogąc z powodzeniem porozumieć się z Europą ponad naszymi głowami, a z Ameryką ponad oceanem.
Nie są to z pewnością argumenty triumfalne i zabarwione megalomanią, jaką zabarwiona była nasza dotychczasowa perswazja prounijna. Są to jednak argumenty pragmatyczne, zrozumiałe i przemawiające do rozsądku, którego nie są pozbawieni ludzie doświadczeni rozmaitymi rozczarowaniami, jakich nie szczędziła nam także miniona dekada.
Mamy 77 dni na uporządkowanie choćby na chwilę wyglądu naszego państwa i przekonanie naszego społeczeństwa, aby trzeźwo spojrzało na swoją sytuację. Na to może nam jeszcze wystarczyć czasu, jeśli nie chcemy przegrać referendum.

 

Wydanie: 13/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy