W sprawie Jana Brzechwy

Przerywam dość niespodziewanie swoją opowieść włoską-wenecką, aby odpowiedzieć na list, który otrzymałem od Rady Pedagogicznej Szkoły Podstawowej w Dmosinie z prośbą, bym się ustosunkował do wiadomej wszystkim sprawy Jana Brzechwy. Bo tę sprawę wszyscy już w Polsce znają, a hańba, jaka ją otacza, zaczyna już przesączać się za granicę. I znowu usłyszymy, jacy to Polacy są antysemiccy i jaki ten Kościół jest przeraźliwy i, niestety, będą mieli dowody. Teraz mamy konflikt między księdzem z Dmosina a Janem Pawłem II, co samo przez się jest dość niezwykłe, ale jak się okazuje – możliwe.
A jak to jest z samym Janem Brzechwą? Pochodził rzeczywiście z żydowskiej rodziny, ale to mogłoby zainteresować chyba tylko okupacyjnych zbirów – “szmalcowników”. Księdzu nie wypada na ten temat powiedzieć nawet najmniejszego słowa. Chyba, że zrezygnuje z odprawiania mszy, a ze swojego brewiarza wykreśli wszystko, co się odnosi do Jezusa, Matki Boskiej, apostołów, a szczególnie świętego Piotra, Pawła i Jana. Ale wtedy niewiele mu pozostanie… Otóż rodzina Lesmanów szczególnie dobrze i potężnie przysłużyła się Polsce. Bodajże stryj Brzechwy, Bolesław Leśmian, był jednym z największych poetów polskich, przy tym o bardzo, niestety, nieżydowskiej głowie, bo jako notariusz w Zamościu zbankrutował z kretesem. Najzabawniejsze, że wiele motywów swojej poezji wyprowadzał z arcypolskiego folkloru, pisał o Orszuli Kochanowskiej, spisywał klechdy polskie i tak dalej. A jego synowiec, Jan Brzechwa, był nie tylko poetą dla dzieci, ale poetą w ogóle i to znakomitym.
“Droga biegnie przez las, żeby nikt nie podpatrzył nas.
Niebo w górze prześwieca, niby wstążka kobieca
Taki to dziwny czas”.
A poetą dla dzieci był tak znakomitym, że prawie nieprześcignionym. Każdy wykształcony Polak wie, jak tańcowała igła z nitką i jak się chwaliła rzepa przed całym ogrodem. Od czterech pokoleń teksty te kształtowały polszczyznę i wrażliwość dziecięcą. Nie mógł ich nie znać nikt, chyba że wywodził się z rodziny analfabetów, co, niestety, aż do czasów – o wstydzie! – stalinowskich nie było w Polsce rzadkością. Możliwe, że takie właśnie jest pochodzenie dmosińskiego proboszcza, ale o wszelkim pochodzeniu po prostu wstyd mi pisać, bo tego się zwyczajnie nie robi. Ale to by go może tłumaczyło.
Ja nie tylko na Brzechwie uczyłem się czytać, ale na moim uniwersytecie, którym był, proszę Księdza Dobrodzieja, KUL, analizowałem utwory zarówno Brzechwy, jak i Leśmiana. I chyba nawet nie wiedziałem jeszcze, że to byli Żydzi, ale tam wówczas nikogo to nie obchodziło. Wyobrażam sobie nawet swoich kolegów, dzisiaj profesorów tej uczelni, z jakim przerażeniem dowiadują się o całej tej sprawie. Bo to jest wstyd, kompromitacja i wręcz wcielona głupota.
Nie wiem, co Brzechwa robił w czasach stalinowskich. Prawdopodobnie to samo, co wszyscy literaci bez względu na pochodzenie. A był to czas wyjątkowo dla ludzi piszących bezwzględny. Pozostali, jeśli chcieli cokolwiek pozytywnego dla Polski zrobić, a przypominam, że leżała wówczas w gruzach, mogli przynajmniej milczeć. Pisarz nie mógł. Ale i tu Brzechwa liczył się przede wszystkim jako polski autor, chroniący dzieci przed bzdurami typu “Mister Twister, były minister… ”. Bardzo łatwo wypomnieć komuś jakieś wierszydło bez najmniejszego znaczenia z tamtych czasów. Piszę to zresztą nie o sobie, bo choć debiutowałem w 1953 r., to pisałem w prasie katolickiej, takiej, jaka wówczas była. Ale los starszych kolegów był nie do pozazdroszczenia. Ale o tym przecież wszyscy wiedzą i naprawdę nie ma sensu dzisiaj robić z tego jakiejkolwiek sprawy.
Doprawdy piszę o tym wszystkim ze wstydem. Wstydzę się nie tylko za tego nieszczęsnego księdza, którego nie znam i który może po prostu jest głupi, ale za wszystkich tych rodaków, którzy na oczach całej Europy robią z nas żałosne widowisko. Wstydzę się i za siebie, że może nie zrobiłem wszystkiego, żeby stawić czoło tej ośmieszającej Polskę i Kościół polski podłości i niewiarygodnemu kretyństwu.

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy