Bronię Kościoła

Bronię Kościoła

W ostatniej „Polityce” (4.09.2010) Ludwik Stomma zgłasza listę pretensji do Kościoła: „Kaczyński na Wawelu to ich sprawa, krzyż na Krakowskim Przedmieściu to ich sprawa, przemienianie państwa świeckiego w wyznaniowe to ich sprawa, komisja majątkowa, przyznająca im bez doglądu państwowego i możliwości odwołania, to ich sprawa, dzielenie obywateli na lepszych i gorszych to też ich sprawa…”.
Wszystko to prawda. Prezydent Kaczyński spoczął na Wawelu, prawda. Państwo ze świeckiego staje się coraz bardziej wyznaniowe, też prawda. Funkcjonowanie komisji majątkowej wbrew konstytucji wyręczającej sąd, działającej w dodatku jednoinstancyjnie, trudne do pomyślenia w państwie prawa, też prawda. Tylko czemu Ludwik Stomma pretensje kieruje do Kościoła, nie do państwa?
Kościół bierze tylko to, co mu państwo daje. Ja mam pretensje do państwa, że daje to, czego dawać nie powinno, a nie do Kościoła, że bierze, co mu dają, i że chce jeszcze. Każdemu wolno chcieć, ale nie każdemu chcącemu trzeba dawać wszystko, co chce, a jeszcze z naddatkiem. Pochówki osób świeckich w podziemiach katedry wawelskiej zawsze od ponad stulecia były wynikiem konsensusu między władzą kościelną a świecką. Sprawę ponownego pochówku Kazimierza Wielkiego w XIX w. rada miasta pod przewodnictwem prezydenta Dietla uzgodniła z kapitułą katedralną. Niepisane prawo i mądry obyczaj wymagały na każdy taki pogrzeb obopólnej zgody. Tak było z pogrzebem Słowackiego czy Piłsudskiego. Nie zgodził się abp Sapieha na pochowanie Sienkiewicza w podziemiach katedry, władze państwowe to uszanowały. Gdy gen. Sikorski zginął w katastrofie gibraltarskiej, rząd na uchodźstwie przyjął uchwałę, że w wolnej Polsce Sikorski spocznie na Wawelu (co istotnie się stało dopiero w 1992 r.), rząd zatem uważał, że ma prawo o tym decydować, nawet władzy kościelnej o zdanie nie pytając, co w warunkach wojny i okupacji byłoby zresztą trudne, choć nie niemożliwe. Słusznie dostrzegano bowiem różnicę między podziemiami katedry wawelskiej a wiejskim cmentarzem parafialnym i władzą nad nim lokalnego proboszcza.
W przypadku Lecha Kaczyńskiego decyzję podjął sam kardynał, rządu ani sprawującego obowiązki głowy państwa marszałka Sejmu o zdanie nie pytając. Co było, najdelikatniej mówiąc, wobec najwyższych władz państwowych nietaktem. Ale też ani tymczasowa głowa państwa, ani rząd o swe w tym względzie uprawnienia upomnieć się nie mieli odwagi, a nietaktu starali się nie zauważyć, dalej przymilając się do kardynała.
Religię do szkół też wprowadził nie prymas, tylko minister edukacji swoim zarządzeniem. Wynagrodzenia dla katechetów także nie uchwaliła Konferencja Episkopatu, tylko rząd.
Postawienie krzyża przed Pałacem Prezydenckim, bez zgody właściciela terenu, bez stosownych, prawem przewidzianych pozwoleń, opinii i uzgodnień, było naruszeniem porządku prawnego Rzeczypospolitej. Do jego przywrócenia są właściwe organy państwowe. Dlaczego oglądały się (i nadal oglądają) na Kościół? Dlaczego niby księża mieliby wyręczać straż miejską?
Komisja majątkowa ma się dobrze, a jej pracy przygląda się bezradnie kolejny rząd. Czy komisja działa na podstawie uchwały jakiegoś synodu, czy może opierając się na ustawie, którą Sejm uchwalił i którą Sejm może zmienić? To czemu nie zmienia?
Powszechnie krytykowano zaangażowanie duchownych w kampanię wyborczą po stronie kandydata PiS. Kampanię, którą rozpoczął wawelski pogrzeb, rozkręcały przemówienia (homilie?) biskupów na kolejnych pogrzebach, a dokończyli proboszczowie w społecznościach lokalnych. Napisałem, że powszechnie krytykowano. Tak, powszechnie w mediach, w rozlicznych środowiskach, co potwierdzają wyniki badania opinii publicznej, z których wynika, że większość Polaków nie akceptuje tak intensywnego zaangażowania Kościoła w bieżącą politykę. Krytykowali to zaangażowanie, ale raczej nieśmiało, pojedynczy politycy, za to władze państwowe udawały, że nic się nie stało. Mało tego, chcąca uchodzić za partię nowoczesną, wiodącą Polaków ku Europie Platforma przed wyborami samorządowymi wysłała (dokładniej: osobiście, przez swoich działaczy rozniosła!) list do proboszczów. Pomijam już infantylną treść listu. Chodzi o sam fakt. Jakkolwiek by na to patrzeć, partia rządząca zaprosiła tym listem proboszczów do udziału w kampanii wyborczej. Myślę, że wielu z nich z zaproszenia z ochotą skorzysta, no bo skoro oficjalnie ich proszą? Chętnie. Ale swych poglądów nie zmienią i będą w kampanii już śmiało i oficjalnie agitować za PiS.
Jeśliby taki list jak ten, przypominający zasługi partii dla Kościoła, mógł wpłynąć na kierunek agitacji wyborczej księży, to największy sukces odnieść mógłby SLD. No bo kiedy uchwalono ustawę o stosunku Kościoła do państwa stanowiącą podstawę do kolejnych działań i koncesji na rzecz Kościoła? Kto ratyfikował obecny konkordat? Kto w świetle jupiterów i w obecności kamer telewizyjnych klęczał na Jasnej Górze, kogo papież zaprosił do papamobilu? W swym liście do proboszczów i wikarych (SLD jako stawiający na egalitaryzm nie powinien dyskryminować wikarych, poza tym oni mają na ogół większy kontakt z młodzieżą, no i jest ich więcej niż proboszczów) Sojusz mógłby też dyskretnie przyznać się do komunistycznych korzeni, którym na co dzień przeczy, bo gdyby komuniści po wojnie nie wypowiedzieli jednostronnie konkordatu z 1925 r., obowiązywałby on do dziś, nie dawał tymczasem Kościołowi tyle, ile daje obecny, a jakie obowiązki duchownych wobec prezydenta, rządu i państwa tamten konkordat nakazywał…
Nie musi jednak SLD do konkurencji w pisaniu listów do duchownych stawać, swych zasług dla Kościoła przypominać, choć są one niemałe. Żaden list poglądów politycznych adresatów nie zmieni, stanowi jedynie, jak wspomniałem, niezależnie od intencji nadawców oficjalne zaproszenie do czynnego udziału w kampanii wyborczej.
Nie musi też SLD z Kościołem wojować. Wymaganie od Kościoła, by pomógł w budowie świeckiego państwa, jest nie tylko ekstrawagancją. Jest w gruncie rzeczy przyznaniem, że państwo polskie tylko takie być może, na jakie Kościół pozwoli.
Trzeba mniej wymagać od Kościoła, a więcej od państwa i jego organów. No i przy okazji dobrze jest zrobić rachunek sumienia. To ostatnie to nawet i Kościół pochwali.

Wydanie: 36/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy