Polskie rozmowy

Polskie rozmowy

Sąsiedzi zaprosili nas na kolację. Mamy do nich kilka metrów, ale lunął taki deszcz, że trzeba było jechać samochodem. Był alkohol i potem moralny dramat, czy wracać samochodem. I kto ma prowadzić te kilka metrów. A może go pchnąć? Za ciężki. Gdybym był politykiem PO, nie wsiadłbym do samochodu.

A sąsiedzi mniej więcej w moim wieku, średnia klasa, a właściwie wyższa średnia klasa i też z Warszawy, więc to jakby moja „piaskownica”. Oczywiście pierwszy temat to polityka i groźba inwazji prawicowych barbarzyńców. Nie zgadzam się z sąsiadami, że grozi nam państwo wyznaniowe, to nie te czasy w Europie. Znamienne jednak, że te obawy są powszechne i że o tym się mówi. Zresztą konserwatywna głupota naszego episkopatu może i optymiście zrobić jakąś niespodziankę.

Przy okazji kilka słów o PO. Nawet życzliwi tej partii, nieraz życzliwi z musu, mówiąc o Platformie, poprzedzają to teraz zastrzeżeniem: wiem, ile Platforma ma wad, ale… Niedawno rozmawiałem z Joanną Muchą i też odruchowo od słów zastrzeżenia zacząłem. Wyjątkowo miła, ładna i sensowna osoba. Oby więcej takich w PO.

Kolejny temat to problemy ze zdrowiem, choroby, ile razy kto był w szpitalu. I zdumienie, że polskie szpitale nie są tak okropne, jak się mówi, za to usługi medyczne – horror. Trzeci temat: „Polska w ruinie”, czyli jak Polska jednak szybko się rozwija. On dużo jeździ po kraju, mówi, że niezwykłym miastem zrobił się Rzeszów. Kolejny temat: wyjazdy krajowe i zagraniczne, kto gdzie podróżował, co zachwyciło. W finale kolacja i temat jedzenia, też gdzie można w naszej okolicy dobrze zjeść. To podobno główny temat bogatej Europy. No to się europeizujemy. Nasza specjalność to nostalgiczne wspomnienia z PRL, małe fiaty, wyjazdy nad Balaton, szum zagłuszarek Wolnej Europy…

Szperając w radiu, wpadam przypadkiem na Radio Maryja i jak zawsze zdumienie, że niezawodnie poznaje się tę rozgłośnię po tonie głosu. Lekarz mówi o chorobach, a też radiomaryjnie. W tej rozgłośni mężczyznom jakby ukobiecają się głosy, a kobietom mężnieją, tworzy się z tego jakiś człowiek pośredni, ni to baba, ni chłop, a coś pośrodku. I jest zaśpiew, który pochodzi od ojca dyrektora oraz księży, którzy pracują w rozgłośni i naśladują wodza. Już widzę, jak ojciec dyrektor pójdzie kiedyś na ołtarze. Czy nie jest cudem istnienie takiej rozgłośni w środku Europy w XXI w.?

Moja ciekawość świata, chęć podglądania i opisywania jest ograniczona przez rodzinę i małe dzieci. Znajduję więc sobie przyjaciół informatorów, ludzi, którzy mieszkają w miejscach interesujących mnie, i serdecznie stamtąd donoszą. To jakby moi korespondenci, zwykle o wiele bardziej wnikliwi niż korespondenci mediów. On i ona od kilku miesięcy mieszkają we wschodnich Niemczech, ona pisze: „Niemcy wschodnie… małe miasta wyglądają, jakbyśmy się znaleźli tu dzień po przejściu frontu. Nie spotkamy już pojedynczych pustych mieszkań, wolne są całe kamienice, nawet ulice. Powybijane szyby zapraszają do zajrzenia, co zostało w środku. Pojedynczy przechodnie w ortalionowych dresach zajadają po gałce lodów w dzień powszedni. W dużych miastach życie toczy się do późnych godzin nocnych, tutaj, w małych miejscowościach ulice zamierają około godz. 16.00. Pozostali mieszkańcy zamykają się w mieszkaniach i jak przystało na wzorowy naród, prowadzą życie rodzinne. Nie mają znajomych, nikt się nie bawi, cisza… Saksończycy nie należą do ludzi roześmianych, patrzą kwaśno na Polaków i myślą, że zabierzemy im i tak już nieliczne miejsca pracy. Patrząc na tych ludzi, na wszystko wokół, wpadam w depresję. Gdzie ten eden? Co ja tutaj robię? Codzienny śpiew ptaków przypomina mi Polskę i wynagradza przymusowe wygnanie. Czy o tym myślał Helmut Kohl, jednocząc Niemcy (obecnie dożywa swojego kresu na oddziale intensywnej opieki medycznej w ekskluzywnej klinice w Monachium)?”. Dopisuje się jej mąż, chirurg: „Dlaczego musiałem szukać pracy? W Polsce nadal najważniejsze są układy, nepotyzm, a nie doświadczenie i umiejętności manualne. Jestem niewiele młodszy od Pana i czuję się jak dojrzałe drzewo wyrwane z korzeniami. Uschnę, to tylko kwestia czasu, dlaczego więc tak drastyczny krok? Ponieważ utrzymanie pięcioosobowej rodziny wymagałoby drugiego stałego miejsca zatrudnienia oraz rozciągnięcia doby do 48 godzin. Jeśli widziałby Pan jakąś szansę na powrót, wróciłbym na kolanach, nie przejmując się śmiechem ludzi”.

Bardzo szanuję pracę chirurga i co mam mu napisać? Nie zwalam całej winy na kolejne rządy. Wszędzie, gdzie różnica ekonomicznego potencjału jest tak duża, ludzie wyjeżdżają z miejsc, gdzie biedniej, do miejsc, gdzie bogaciej. Młodych pcha tam też ciekawość świata i chęć odmiany. To też jest wolność.

Wydanie: 32/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy