Nie wierzę ekspertom od integracji

ZAPISKI POLITYCZNE

Wisząca nad nową ordynacją wyborczą groźba prezydenckiego weta zaowocowała nie kończącymi się skargami, głównie na los, za pomysł obalenia tego aktu prawnego i pouczaniem prezydenta, co powinien, a czego mu nie wolno czynić. Najbardziej śmieszą poczynania i skargi ludzi z Unii Wolności, gdyż to przecież za ich właśnie sprawą ta uznawana obecnie za niezgodną z konstytucją ordynacja, dająca prawo – w moim przekonaniu – mało sprawiedliwe, czyli przeliczanie głosów na mandaty (system d’Hondta), zaistniała i dobrze służyła tejże Unii, póki panowała ona nad sceną polityczną. Wszak to jej posłanka Lipowicz, piękna pani profesor nauk prawnych, przewodziła komisji przygotowującej tę ordynację. Należałem do tej komisji. Protestowałem, jak mogłem, zgłaszałem nawet – o ile pamiętam – wniosek mniejszości, ale zapał pani profesor, wspieranej przez posła Króla z KPN i chyba też przez Pawła Piskorskiego, zniweczył moje opory. Ordynacja z przywilejem dla większego, który bierze więcej niż inni, wbrew zasadzie proporcjonalności, stała się prawem na dwukrotne wybory. Unia Wolności tryumfowała i korzystała z tej nierówności. Głosiłem wtedy pogląd, iż Sejm II kadencji był kulawy, nie reprezentował dobrze społeczeństwa.

Oczywiście, ma rację Unia, gdy mówi, iż zmieniły się okoliczności, gdyż zmienił się system administracyjny kraju. To prawda. Należało zatem w nowej ordynacji dostosować zasady wyborcze do nowego podziału administracyjnego. Zrobiono jednak, wbrew elementarnej przyzwoitości, znacznie więcej. Zmieniono na krótko przed wyborami podstawową zasadę starej ordynacji, czyli to nieszczęsne prawo, że duży bierze więcej. Tym samym zmieniono podstawowe warunki konkurencji politycznej na zasadzie głoszącej, iż większość parlamentarna może robić, co chce i kiedy chce, zaś prezydent ma potwierdzać swoim podpisem każdą nieprawość owej większości. Jedno jest pewne. Elementarna przyzwoitość przestała obowiązywać, nawet w Unii Wolności, z którą wielu Polaków wiązało nadzieje, że będzie strażnikiem uczciwości. Póki to było dla niej korzystne, Unia Wolności broniła owej sprawiedliwości, ale zmieniła postawę, gdy jej notowania w sondażach załamały się wręcz tragicznie.
Myślę, że jeśli prezydent zawetuje ustawę, a jego weto nie zostanie obalone – co jest prawdopodobne – będzie jeszcze czas na uchwalenie nowej ordynacji, umożliwiającej nowe wybory z uwzględnieniem nowego podziału administracyjnego. Może też nowy parlament po dłuższym namyśle spróbuje coś zmienić na rzecz większej proporcjonalności wyników wyborczych bez tego, iż duży bierze więcej, czego jednak nie wolno robić tuż przed wyborami. Tak nakazuje elementarna przyzwoitość. Czyżby już na zawsze miała pójść w zapomnienie?
Inna sprawa bulwersująca opinię publiczną to niezbyt wyraźnie określony, ale realnie istniejący, nagły zwrot we władzach Unii Europejskiej wobec terminu przyjęcia Polski do tego klubu zamożnych i, co ważniejsze, dobrze zorganizowanych państw rządzonych w znacznej większości – co uważam za istotne – przez lewicę polityczną. Od początku nie wierzyłem w dotrzymanie oficjalnych obietnic co do terminu. Spędziłem sporo lat w Radzie Europy i rozmawiałem o tych sprawach z wieloma wpływowymi politykami. Uczestniczyłem także kilka razy w spotkaniach kierowniczych gremiów Międzynarodówki Socjalistycznej, gdzie sprawa Polski nie była pomijana. Publikowałem moje refleksje na ten temat, ale byłem raczej ganiony za pesymizm, niż chwalony za realizm spojrzenia. Pisałem zatem, że tak naprawdę nikomu na Zachodzie nie śpieszy się do przyjmowania Polski, a w prywatnych rozmowach słyszy się o bardzo dalekich terminach, nie wyłączając roku 2020. Niby to zgroza, ale nic nie poradzę, takie opinie słyszałem. One teraz jakby zaczynały owocować. Dodam, że moje kontakty miały miejsce jeszcze przed wyborami 1997 roku, których wynik bardzo pogorszył nasze możliwości wpływania na politykę międzynarodową. Z kontaktów, jakie nadal posiadam, wiem, że przejęcie rządów w Polsce przez dosyć skrajną prawicę zrodziło w lewicowej Europie nieufność wobec nas. Polska jest teraz postrzegana przez środowiska europejskiej lewicy, a to one mają głos decydujący w polityce, jako kraj mocno zideologizowany, nie dużo mniej niż za czasów systemu totalitarnego, panującego u nas. Inny jest tylko kolor owej ideologizacji. Z czerwonego zmienił się na czarny, by się posłużyć tym antyklerykalnym określeniem. Współczesna Europa jest laicko-lewicowa. Polska współczesna jest rozpoznawana przez zachodnich polityków jako kraj prawicowo-klerykalny. Do tego ideologicznego braku zaufania do nas dochodzą inne względy, takie jak: zacofana gospodarka, nieudolnie stanowione prawo – szczególnie w ostatniej kadencji parlamentu – i wreszcie stan wsi, ciągle jeszcze daleki od tego, co na tejże wsi można dostrzec z okien samochodu, jadąc przez niemiecką czy francuską prowincję. Polska wieś szybko pięknieje i zaciera ślady dawnego, totalnego niechlujstwa, ale jest go jeszcze dosyć sporo, by przerażać ludzi Zachodu. Do tego dochodzi odziedziczona po kilkudziesięciu latach przedkładanie biedniaków nad kułakami struktura własności chłopskiej, na uzdrowienie której musimy mieć albo ogrom pieniędzy, albo ładnych kilkanaście lat naturalnych przemian, łączących się z podażą mieszkań i miejsc pracy poza tradycyjną wsią. Mówiąc dawnym językiem, chciałoby się powiedzieć, że we współczesnej, kułackiej Europie panuje lęk przed inwazją biedniaków. Tyle w ogromnym skrócie ze strony Europy. A z naszej?
Społeczeństwo nasze jest ciągle łudzone mirażami wielkiego dobrobytu, jaki zapanuje po przyjęciu nas do europejskiej wspólnoty. Nic natomiast, albo prawie nic, nie mówi się o kosztach, jakie przyjdzie nam płacić za stanięcie oko w oko z konkurencją zachodnią w każdej dziedzinie, jeśliby już teraz doszło szybko do wcielenia Polski do europejskiego organizmu polityczno-gospodarczego. Nie tak dawno, nie pytając społeczeństwa, zafundowano mu terapię szokową Balcerowicza, która życie milionów ludzi zamieniła w piekło biedy i bezrobocia, czyli bezsensu istnienia. Teraz też więcej jest pięknych miraży niż realnych gróźb, mogących stać się upiorną rzeczywistością. Politycy Zachodu wiedzą o nas więcej, niż nam się wydaje. Świadczy o tym ostatni raport Funduszu Walutowego. Nie wierzę ekspertom od integracji z Europą, mówiącym, że nic się ostatnio w kwestii naszego przyjęcia do Wspólnoty Europejskiej ważnego nie stało. Nie wierzę. Obym się mylił. 19 kwietnia 2001 r.

Wydanie: 17/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy