Pamiętał, skąd przyszedł

Pamiętał, skąd przyszedł

Gdy z zapyziałego, chłopskiego domu, przy którym w małym, brudnym stawie wiejskie dzieci kąpały się razem z krowami, trafia się na szczyty władzy, to człowiek, który przechodzi taką drogę, musi budzić emocje. Po wojnie takie życiorysy jak droga Andrzeja Leppera do wysokich stanowisk były dość typowe. Młodzi i ambitni ze wsi drogą awansu społecznego pięli się do góry. Napędzała ich chęć wyrwania się z biedy i zakosztowania uroków wielkiego świata. Obraz z dzieciństwa, w którym na pierwszym planie była głównie ciężka harówa, musi wpłynąć na charakter człowieka. Wielu z tych, którzy przebijają się do tego bogatszego świata, chce wymazać z pamięci to, czego musieli kiedyś doświadczyć. Lepper był jednak z tych, którzy nie tylko nie zapomnieli, skąd przyszli, ale realnie próbowali coś sensownego dla swojego środowiska zrobić. I robił. Tak jak umiał. Z manierami i wiedzą absolwenta technikum rolniczego był swojakiem dla wielu Polaków, którzy po 1989 r. nie potrafili się znaleźć w polskiej odmianie przyspieszonego kapitalizmu.

Nowy system był dla wielu ludzi i grup społecznych brutalny. Trudno więc się dziwić, że walka z jego patologiami sama stawała się z czasem patologią. Gdy cwani i bezwzględni kandydaci na kapitalistów oszukiwali, kradli, łamali prawo lub naginali przepisy, mówiło się, że takie są przecież reguły wolnego rynku. A kto tego nie rozumie ani nie potrafi w takiej rzeczywistości się poruszać, jest skamieliną po socjalizmie. Nie może więc sobie rościć pretensji, bo jest zwykłą ofermą i ofiarą. Przeszkadzającą przedsiębiorczym, rzutkim i sprytnym zwycięzcom. Duży problem zrobił się dopiero wtedy, gdy przestawali sobie radzić także ci ambitni, biorący kredyty i próbujący działać na własną rękę. Szczyt popularności Leppera i Samoobrony to czas, kiedy polityka kredytowa państwa mogła rozłożyć każdego małego przedsiębiorcę, a firmy państwowe zarzynano specpodatkami. Dla setek tysięcy Polaków, a pewnie i dla większej liczby, głos Leppera to były ich pretensje, ich żale i ich wściekłość na instytucje państwowe, urzędy, sądy i banki. Gdyby nie było takich nastrojów, które brały się przecież z bardzo realnych problemów, nie byłoby wicemarszałka Sejmu Andrzeja Leppera. A później wicepremiera i ministra rolnictwa.

Czy gdyby nie pułapka kredytowa, w jaką sam wpadł w 1990 r., poszedłby do polityki? Myślę, że jednak mimo wszystko taka droga była mu pisana. Ciągnęło go do tego już w PRL. Miał papiery trybuna ludowego. Talent, przeogromną ambicję, charakter watażki i boksera. I długą listę grzechów. Od ich wyliczania jest wielu specjalistów w mediach, a najbardziej ich boli, że Lepper, gdy już się przebił na szczyty, nosił dobre garnitury, drogie buty i używał markowych perfum. Choć nawet gdyby chodził w łapciach, też by go wyśmiewali.
Zupełnie inaczej do jego tragicznej śmierci podchodzą ludzie, których reprezentował. Nie pamiętam, by przez ostatnie 20 lat zbyt wielu polityków miało tyle co on spotkań na wsiach i w małych miastach. Owszem, różni politycy bywali tam. Ale tylko przed wyborami. Przez lata miejsce politycznego reprezentanta tych środowisk, które nie radzą sobie z problemami, było puste. A przecież można było wejść na jakiś stary traktor i zacząć walczyć. Nie było do tego chętnych. Czy po śmierci Andrzeja Leppera znowu będzie wakat?

Wydanie: 33/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Komentarze

  1. Daniel S. Zbytek
    Daniel S. Zbytek 24 sierpnia, 2011, 02:44

    Panie Jurku, tutejszy NYT zamiescil nekrolog Leppera, b. pozytywny, jako człowieka „realnego polityka”, o karierze iście amerykańskiej.Szkoda go, mógł jeszcze dużo dobrego zrobic wsrod polskiej politycznej zgrai nieudacznikow. Pozdrawiam,

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy