Falstart prezesa

Falstart prezesa

Nowy prezes Najwyższej Izby Kontroli zaczął rządy jak rasowy celebryta. Zgodnie z zasadą, że dla celebryty najważniejsze jest, by o nim mówili. Dobrze czy źle – to w gruncie rzeczy nieważne, bo i tak liczy się tylko obecność w mediach. Ach, jak oni lubią kamerki i mikrofony. Ale żeby w takie buty wchodził prezes poważnej instytucji? I to z czym? Z kontrolą przygotowań do igrzysk olimpijskich w Londynie! Bo zdobyliśmy tam tylko dziesięć medali. Wiadomo, że urzędnicy NIK, jak wszyscy urzędnicy na świecie, chcą pomóc w ocenie obecnego systemu i wskazać, co zrobić, by było jeszcze lepiej. Sens w tym jest taki jak w pomyśle, by wszyscy polscy złoci medaliści (może też srebrni, a nawet brązowi) zebrali się i zaproponowali NIK reorganizację, która znacznie usprawni wszystkie kontrole, a na dodatek pozwoli obciąć budżet Izby o połowę. Taka konferencja to dopiero byłby hit medialny. I by było jasne – nie jestem przeciwnikiem kontroli wydawania pieniędzy publicznych. Irytuje mnie tylko takie namolne picerstwo i traktowanie sportowców jak trampoliny do budowania sobie popularności.
Odpowiedź na pytania, które stawia NIK, znana jest od dawna. Mówili zresztą o tym od razu, na miejscu, Irena Szewińska i Tomasz Majewski. Wiadomo, że w porównaniu z cywilizowanym światem na kulturę fizyczną wydajemy grosze. Że dożywa swoich dni baza zbudowana w terenie 30 czy 40 lat temu. Jeszcze w PRL. Że od 20 lat wszystkie zadania w sferze sportu masowego zrzuca się na barki samorządów. Zrzuca się oczywiście obowiązki, bo środków finansowych ciągle brakuje. Wiadomo, że pieniędzy nie ma na bazę, ale nie ma też na instruktorów i trenerów. W takiej sytuacji materialnej to, że w ogóle mamy jakieś medale, jest bardziej ze świata metafizyki, bo trąci cudem. Prezes Kwiatkowski zaczął od igrzysk, tak jakby w naszym sporcie nie było większych problemów. Mnie np. od wielu lat pasjonuje takie oto zagadnienie: jaki wpływ na kondycję polskiego sportu miały nominacje kadrowe PO, a wcześniej PiS w Ministerstwie Sportu? Co jest takiego w naszym sporcie, że do kompletnej katastrofy nie doprowadzali go tacy ministrowie jak Jacek Dębski, zamordowany w porachunkach gangsterskich, skazany na więzienie za korupcję Tomasz Lipiec bądź odwołany po aferze hazardowej Mirosław Drzewiecki? Albo odpowiedź na pytanie o mechanizmy powoływania ludzi zarządzających instytucjami sportowymi czy budującymi Stadion Narodowy.
Są jednak sprawy ważniejsze od sportu. Choćby sam system kontroli w państwie. Myślę, że od dawna NIK nie jest instytucją na miarę dzisiejszych problemów. Szyld NIK więcej zapowiada, niż faktycznie znaczy. Izba ma na koncie wiele kontroli, wniosków i konferencji, ale jaka jest ich skuteczność? Trudno się zresztą pisze o tej instytucji, bo jej problemy są skutecznie skrywane za szczelną kotarą. A przecież to Najwyższa Izba Kontroli powinna być tam, gdzie państwo ma największe kłopoty. Tam, gdzie wyciekają ogromne pieniądze. Tam, gdzie nie mogą dotrzeć inne instytucje. Od NIK oczekuje się fachowości, kompetencji i dyskrecji. Od jej prezesa również. Wtedy kamery i mikrofony same się zjawią. A tak mamy falstart prezesa.

Wydanie: 39/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy