Nowi smutni

Nowi smutni

Na „Myślnik Stankiewicza” trafiłam podczas wieczoru u znajomych. Rozmawialiśmy akurat o tym, jak długo „poznaje się” ludzi, zanim dojdzie do jakiejś kameralnej intymności i będziemy mogli zrezygnować z oględnej gadki na tematy neutralne. Wtedy Łukasz pogrzebał w swoim smartfonie i znalazł definicję adronitis: „Frustracja, że tak strasznie długo trwa, zanim naprawdę poznamy drugiego człowieka (…). Chciałoby się zacząć od najgłębszych tajemnic i najintymniejszych szczegółów, a dopiero potem wyluzowywać w stronę small-talku, żeby dopiero po latach i poznaniu wszystkich soczystych sekretów osiąść spokojnie na kanapie i zapytać bliźniego, jak ma na imię i co właściwie słychać”. Uśmiałam się, a po przeczytaniu kolejnych nowych smutków byłam pod urokiem tego rajcownego słowniczka i jego dowcipnej melancholii.

Owszem, mamy w polszczyźnie sporo słów, które nazywają emocje. Ale po co byłyby filmy, obrazy, wierszyki, gdyby można było jednym słowem oddać dokładnie to, co w danej chwili czujemy? Istnieje zestaw emocji podstawowych – paleta kluczowych barw – które jednak występują stosunkowo rzadko, bo przecież najczęściej uczucia mamy, jak to się mówi, mieszane. I całkiem często się zdarza, że nie wiemy, dlaczego wpadamy w taki lub owaki stan, który próbują dla nas nazwać poeci i filozofowie.

Niektórym ludziom te emocjonalne niejasności doskwierają na tyle mocno, że postanowili je ponazywać i stworzyć ich definicje. Teksty, które w ten sposób powstały, są czymś na pograniczu poezji, socjologii i psychologii. A próby opisu współczesnych, nienazwanych smutków to w rzeczywistości piękne i nieco kulturoznawcze diagnozy naszej kulawej współczesności, która charakteryzuje się m.in. wybujałą autorefleksją. Krótko mówiąc, tajemniczy słowniczek, który zaraz omówimy, nie tylko nazywa zjawiska „nowej nowoczesności”, ale też sam jest takim zjawiskiem.

Heartworm – była miłość, przyjaźń lub tylko znajomość z kimś, z kim już dawno nie mamy kontaktu, ale kogo wciąż nie możemy się pozbyć z naszych myśli. Teoretycznie już dawno zostawiliśmy tę relację za sobą, ale tak naprawdę wciąż nosimy ją w sobie, żywą i niedokończoną, jak porzucony biwak z niedogaszonym ogniskiem, które ledwie się tli, ale tylko czeka, żeby rozdmuchać pożar lasu”.

No proszę, liryczne jak diabli. I jednak dyskretnie podszyte ironią, jaką prowokuje konwencja. Na swojej stronie internetowej Stankiewicz identyfikuje przyczynę kolejnych smutków: nagłe odczucie własnej śmiertelności, ogólnikowe „halo” na początku rozmowy telefonicznej, kiedy dokładnie wiemy, kto dzwoni. Dziwne rozczulenie, kiedy przypadkiem dotyka nas fryzjer, kelner, instruktor jogi. Przeczucie, że wszystko, co nowe, już było. Oczywiście wszystkie te smutki mają swoje wymyślone nazwy, neologizmy, które jednak wydają się zaskakująco odpowiednie.

Zanim Piotr Stankiewicz – filozof i poeta, autor „Sztuki życia według stoików” – rozpisał własne smuteczki, tłumaczył (i stąd pochodzi pomysł) smutki Johna Koeniga, które pojawiły się w internecie jako „Dictionary of Obscure Sorrows”. Koenig niektóre swoje definicje ekranizuje. Dzięki temu możemy obejrzeć np. filmik o smutku, jaki wywołuje masowe robienie zdjęć telefonami. Koenig uważa, że obsesja fotografowania wynika ze złudzenia, że uda nam się zatrzymać mijający czas, złapać i przytrzymać te najpiękniejsze chwile. I kiedy życie minie, będziemy mogli odpalić te wszystkie zdjęcia – i przeżyć je jeszcze raz.

Rzeczywiście, nie zawsze rozumiemy, dlaczego coś nas zasmuca. Tylko czasami identyfikujemy katalizator emocji: stare zdjęcie przywołujące wspomnienie, piosenkę, która przypomina zdarzenie sprzed lat. Albo nieudane spotkanie, z którego wracamy zmęczeni i rozczarowani. „To zmęczenie – mówimy. – To wina ciśnienia. Źle spałem. Za mało słońca. Przesilenie”.

Opowiadam znajomym o nowych smutkach, bawimy się w wyszukiwanie kolejnych. Wracam z urodzin koleżanki. Na drugi dzień dostaję esemesa: „A jak nazywa się ten smutek po urodzinach, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że się znowu zestarzał i że czas pędzi coraz szybciej?”. Namyślam się przez chwilę i odpisuję: „Normalnie”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy