Casting na barmana

Casting na barmana

To się zdarza tylko podczas wyjazdów, kiedy zmieniamy miasto i kontekst i gdy czas płynie dla nas trochę inaczej, bo przecież „w domu zawsze jest coś do zrobienia”. Tymczasem poza domem można od czasu do czasu „zabajadurzyć” trochę i pomarnotrawić. Dobrze jest wtedy mieć przewodnika, nawigatora po przyjemnościach, który wzorowo umie trwonić czas i ma certyfikat – jest np. pisarzem odpoczywającym między jedną powieścią a drugą. Albo malarką, której zawiesiła się wena. Może to być także ktoś, kto ma wobec nas jakiś dług, pewne zobowiązanie, dajmy na to kiedyś pomalowaliśmy mu futrynę na kawę z mlekiem i teraz on nas po prostu musi – z czystej przyzwoitości – po knajpach pooprowadzać.
Mam ja takiego friendsa w Krakowie i puściliśmy się ostatnio w celach poznawczych i rozrywkowych po klubach, w większości gejowskich, gdzie, ma się rozumieć, są najlepsi barmani w mieście. Nie tylko dlatego, że mają najlepsze tatuaże, które gdzieś tam im się wiją na łopatkach, próbują wyjść spod koszulki lub mienią się zagadkowo – i wszystkie wyglądają jak trójwymiarowe hologramy. Oni CZYTAJĄ – jak zaznaczył mój kumpel. I to czytają wyłącznie analogowo, „prawdziwe” książki, nie e-booki. W dodatku często piękne, stare wydania z antykwariatu. Oto, co szef klubu nakazał barmanom: w wolnej chwili mają za barem czytać „prawdziwe” książki. Taki lans. Zaczęłam intensywnie się zastanawiać, czy mają biedni dobre światło, bo światło w tym klubie było pomarańczowe, czasem żółte, czasem nieco czerwone. I czy rzeczywiście znajdą dość czasu między drinkami? Najpierw Wściekły Pies, potem „Lolita”? Po Seksie na Plaży – „Ferdydurke”?
Było późno i też nie byliśmy tacy znów drastycznie trzeźwi, wymieniając kolejno nazwy drinków i tytuły powieści. Ale po powrocie do domu serio o tym myślałam – potrafiłabym stworzyć taki idealny zestaw klubowy, powiedzmy top ten książek do czytania w klubie, przy słodkim i przegiętym elektro z tytułami piosenek w rodzaju „Meet her at the Loveparade”? Na takiej liście na pewno znalazłby się Thomas Pynchon – jest wystarczająco postmodernistyczny. Jego krejzolska powieść „Wada ukryta” doprawdy mogłaby wygrać nierówny wyścig o uwagę z nawet najbardziej rzewnym singlem lat 80. A może coś całkiem nowego? „W sieci” to najnowsza powieść Pynchona, pełna spisków, zbrodni, niedopowiedzeń i zagadek. Jej bohaterami są hakerzy, nauczyciele krav magi (najmodniejsze!), „nosy” (to taki zawód) itd., aż do utraty kontaktu, zawrotów głowy i ogólnego oszołomienia.
Ale może warto wybrać coś zgoła innego, coś właśnie nie „po warunkach”, i poczytać w klubie o sennych podróżach Andrzeja Stasiuka po zapomnianych krainach, gdzie, jak to się mówi, psy dupami szczekają? Ho, ho, robi się perwersyjnie: wyobrażam sobie, że wydziarany barman czyta silnie wzruszony tom wierszy Czesława Miłosza, najlepiej coś późnego, patetycznego, np. „Traktat moralny”. Dlaczego nie?! Nie bądźmy przesądni. Barmani to często studenci fajnych, artystycznych uczelni, a czasem po prostu – jak to się mówi – intelektualiści, którzy wolą zarobić w taki sposób. Mnie się to zupełnie podoba. Choć nietęgo się czyta poezję, jak coś napieprza z głośników, a światło, proszę państwa, jest zupełnie, zupełnie pomarańczowe. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
Na drugi dzień przychodzę tam po południu z własną książką. To „Oczy skóry” – rzecz o architekturze (staram się być na czasie). I patrzę ze zdumieniem: zaspany barman czyta to samo! Och, cudowna komunikacja po obu stronach baru! Jego tatuaże uśmiechają się do mnie. „Ze zniżką”, mówi barman, kiedy płacę za podwójne espresso. Czytamy dalej w niemym porozumieniu.

Wydanie: 40/2015

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy