CWS T-1, polski syndrom

Zanim utrzęsie się nam jakiś byle-rząd i zakończy się w tę lub w tamtą stronę przewlekła koalicyjna komedia, jest okazja, aby porozmawiać o czymś poważniejszym.
Otóż ekonomiści coraz głośniej i śmielej mówią o tym, że zbliża się ku nam nowy kryzys gospodarczy. Padają różne daty, a także różne argumenty, dlaczego kryzys ten jest nieuchronny. Prof. Kazimierz Z. Poznański w swojej książce “Wielki przekręt”, która stała się nieoczekiwanie bestsellerem sezonu, mimo że jest to książka o gospodarce, dowodzi, że kryzys ten jest skutkiem “reformatorskiej” polityki Balcerowicza, prof. Witold M. Orłowski zaś w artykule “Witajcie w ciężkich czasach” (“Gazeta Wyborcza”, 31.05. br.) tłumaczy coś wręcz przeciwnego i wzywa do akceptacji nowych, “niepopularnych decyzji” reformatora, jakby dotychczasowe nie były już wystarczająco niepopularne, a w dodatku nieskuteczne.

Tak czy owak jednak wszyscy zgodni są co do tego, że kłopoty nadchodzą i zwiastunem owych nadchodzących, ciężkich czasów jest nasz zatrważająco ujemny bilans handlowy. Więcej kupujemy z zagranicy, niż sprzedajemy, a czym to się kończy, o tym wie każdy, kto spróbował wydawać więcej, niż zarabia i niż ma szanse zarobić w przewidywalnej przyszłości.
Żeby jednak sprzedawać, trzeba mieć coś na sprzedaż, oprócz resztek zgromadzonego jeszcze za czasów PRL majątku narodowego, który określa się oficjalnie jako złom, chociaż ten sprzedawany złom właśnie utrzymuje jeszcze ostatkiem sił obecny kurs złotówki. Przez długie lata Polska utrzymywała się z eksportu surowców, głównie węgla, miedzi, a także stali, były to produkty nisko przetworzone, a więc tanie, wystarczały jednak – przy ciężkiej pracy górników i hutników – na jakie takie gospodarowanie. Obecnie kopalnie się zamyka, ponoć z powodu spadku popytu na nasz węgiel i zbyt wysokich kosztów jego wydobycia, to samo dzieje się z hutami, co jest o tyle dziwne, że zużycie stali w krajach rozwiniętych dość szybko wzrasta. Faktem jest jednak, że prawdziwie opłacalny, nowoczesny eksport, to eksport możliwie najbardziej przetworzonych, nowoczesnych wyrobów.
I w tym właśnie miejscu, po tym nudnawym wstępie, powstaje pytanie, czy mamy takie wyroby? Czy – innymi słowy – Polak potrafi wykoncypować coś takiego, co byłoby oryginalnym, pomysłowym i poszukiwanym na świecie produktem eksportowym?
Otóż żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy narodem zdolnym, który jeśli zechce, potrafi zadziwić swoją inwencją, także techniczną. I rzeczywiście, w dwóch co najmniej dziedzinach najlepszy na świecie wyrób nosi polskie nazwisko – jest to profesjonalny magnetofon “Kudelski” i zegarek “Patek”, oba opracowane przez Polaków, lecz produkowane w Szwajcarii. Natomiast z tą inwencją w kraju nie jest już tak wesoło.
Niedawno, jak co roku, odbyły się w Warszawie targi “Teraz Polska – bez granic”, nastawione głównie na produkty eksportowe. Jak co roku też obejrzałem je bardzo starannie i owszem, zobaczyłem tam wiele wyrobów solidnych, nieźle wykonanych, nowoczesnych, estetycznych, które chciałoby się mieć w domu lub z nich skorzystać, ale – może kogoś krzywdzę, za co z góry przepraszam – nie dostrzegłem niczego, co uderzałoby swoją pomysłowością, albo nie było całkiem przyzwoitym nieraz powtórzeniem czegoś, co już istnieje, wykonywane przez kogoś za granicą tak samo, albo trochę lepiej.
Nie jesteśmy jednak w tej komfortowej sytuacji, aby sprzedawać to, co już jest oczywiste, korzystając z wyrobionej tradycji i marki. To mają inni, a my musimy być lepsi.
Czy potrafimy?
W Muzeum Narodowym w Warszawie otwarto niedawno wystawę “Rzeczy pospolite – polskie wyroby 1899-1999”, pokazującą sprzęty i mechanizmy, jakie powstawały w naszym kraju przez ostatnich sto lat, nosząc na sobie piętno polskiej myśli wynalazczej lub wzorniczej. Wystawa, wychodząca od dobrego, choć coraz częściej wykorzystywanego na świecie, zwłaszcza w Niemczech, pomysłu, zrobiona jest, niestety, dość powierzchownie, niezbyt dociekliwie, omija całe połacie polskiej myśli technicznej – na przykład samoloty RWD, czy szybowce – oraz wzornictwa – na przykład “Ład” lub działalność Instytutu Wzornictwa Przemysłowego z czasów Wandy Telakowskiej. Ale nie w tym rzecz.
Rzecz w tym, że poza owym wzornictwem właśnie, pomysłami związanymi ze “stylem zakopiańskim” na przykład, który starano się wylansować na styl narodowy, szczerze mówiąc, nie było z nami tak dobrze w tym minionym stuleciu. Być może mieliśmy głowy zaprzątnięte czym innym – Polską, ojczyzną, władzą, niepodległością, albo wręcz takim mułem, jaki zalepia nas obecnie – dość jednak, że wyroby mieliśmy drugorzędne i naśladowcze. Także przed wojną, a więc nie ma w tym winy “komuny”, na którą zwykło się teraz wszystko zwalać.
Jest wszakże na tej wystawie jeden eksponat, na który warto zwrócić uwagę i nad którym warto się zadumać, bo w nim może tkwi jakieś wyjaśnienie. Mam na myśli samochód osobowy CWS T-1 z 1928 roku, którego ani jeden egzemplarz nie zachował się poza fotografią pokazaną na wystawie. A o samym CWS T-1 objaśnienie mówi, że była to oryginalna konstrukcja Tadeusza Tańskiego i Stanisława Panczakiewicza, trwała i pomysłowa, którą w dodatku, z uwagi na prymitywne warunki lokalne, można było w całości złożyć i rozłożyć za pomocą jednej wielkości śrubokręta i jednej wielkości klucza płaskiego. Był to, zwłaszcza w 1928 roku, jakiś pomysł, nie byliśmy bowiem wtedy jedynym krajem o prymitywnych, lokalnych warunkach technicznych.
Ale co się stało z samochodem CWS T-1?
Otóż stało się coś bardzo znajomego. Polska podpisała umowę z włoskim Fiatem, gwarantując mu, że nie będzie miał na naszym rynku żadnej konkurencji. A więc produkcję polskiego samochodu w Centralnych Warsztatach Samochodowych w Warszawie po prostu zamknięto.
Co się dzieje obecnie w Polsce nie tylko w przemyśle, ale na przykład w wielu przemysłowych instytutach badawczych?
No cóż, to samo, co z CWS T-1. Jest to, jak widać, polski syndrom. KTT

Wydanie: 23/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy