Kapitalizm po polsku

Kapitalizm po polsku

Polityką jesteśmy chyba zmęczeni. Może pożyjmy trochę bez niej. Choćby do końca wakacji. Czy tego chcemy, czy nie, od września polityka wróci do nas z siłą tajfunu. Będą to ostatnie tygodnie przed wyborami, które zadecydują o losach i kształcie Polski na najbliższe lata. Na razie mamy zmagania Platformy z PiS o władzę i dwóch „zjednoczonych lewic” o nazwę.

Jeszcze trwają wakacje. Ich ostatnie dni. Miałem w nie przygodę, która okazała się bardzo pouczająca. Podjechałem rano pod wiejski sklep, zrobiłem zakupy, chciałem ruszyć z powrotem, tymczasem samochód odmówił mi posłuszeństwa. Silnik mojego volkswagena nie reagował na ruchy kluczyka. Nie ma rady, nie ruszę. Telefon do assistance. OK, przyjadą, proszę czekać, będą do 45 minut. No proszę, myślę i przypominam sobie umowę z assistance: zaholują mnie do najbliższego serwisu, jeszcze na czas naprawy należy mi się bezpłatnie samochód zastępczy. To już całkiem jak na Zachodzie, jestem dumny z przemian w moim kraju.

Po 45 minutach nic. Mija godzina. Dzwoni do mnie (jak to dobrze, że są telefony komórkowe!) ktoś z pomocy drogowej. Dostał zlecenie od assistance. Przyjedzie. Będzie za godzinę do dwóch. Jest po dwóch. Bierze samochód na platformę, wiezie do autoryzowanego serwisu Volkswagena. Nowoczesny, duży pawilon, salon sprzedaży, serwis, elegancko ubrany personel. Budzi to wszystko zaufanie. Jakie objawy? Aha, silnik nie zapala. Pewnie coś z elektryką. Ale jest okres urlopowy, elektryk będzie jutro. Samochód zastępczy? My nie mamy wolnego, niech pan dzwoni do assistance, oni muszą coś panu znaleźć. Dzwonię. Nie wierzą, że salon nie ma samochodów zastępczych. Proszą do telefonu kogoś z salonu. Potwierdza, że nie mają wolnych aut. Dobrze, proszę czekać, coś zorganizujemy – uspokaja mnie assistance. Czekam. Mija godzina, druga. Ktoś dzwoni. Zgłasza się wypożyczalnia samochodów z sąsiedniego miasta. Gdzie jestem? W serwisie Volkswagena? Dobrze, proszę czekać, podstawimy samochód. Do godziny. Są, nawet punktualnie. Po całym dniu mogę wreszcie ruszyć do domu samochodem zastępczym. Mam go bezpłatnie na trzy dni. Za każdy następny dzień muszę już płacić. Słono. No ale przecież w ciągu tych trzech dni elektryk wróci do pracy i autoryzowany serwis upora się z awarią. Nie tracę optymizmu.

Na drugi dzień jest diagnoza – zepsuł się rozrusznik. Do wymiany. No dobrze, wymieniajcie. Ale jest problem. Autoryzowany serwis Volkswagena nie ma rozrusznika do… volkswagena. Pracownik serwisu uczy mnie ekonomii: nie opłaca się zamrażać gotówki w częściach i składować ich na zapas. Jak potrzebna jakaś część, sprowadza się z centrali w Poznaniu. Pracownik sprawdza w komputerze. Aha, w Poznaniu też nie mają. Też szkoda im „zamrażać gotówkę”, mówię już fachowo do pracownika serwisu, a on potwierdza, wyraźnie zadowolony, że nauczył mnie skutecznie podstaw ekonomii. To co teraz? Sprowadzamy rozrusznik z Niemiec. Do tygodnia powinni przysłać. Ja tymczasem powinienem już zakończyć wakacje, mam sprawę na drugim końcu Polski. Pożyczam samochód od żony. Mały, taki raczej do jeżdżenia po mieście, jadę nim na ten drugi koniec Polski. Mój volkswagen czeka na część idącą z Niemiec.

Minął już tydzień. Dzwonię do serwisu. Nie, samochód niegotowy, dalej czekamy na rozrusznik, właśnie wysłaliśmy ponaglenie. Pracownik serwisu jest wyraźnie dumny ze swojej kreatywności. Tylko że ja nadal nie mam samochodu. Minęło 11 dni. Telefon z serwisu: jest! Przyszła część z Niemiec (ponaglenie było skuteczne, jak tu nie pochwalić pracownika serwisu?). Zamontowali. Mogę sobie odebrać samochód. No dobrze. Jadę po niego 100 km od miejsca swojego zamieszkania, bo w międzyczasie skończyłem urlop i wróciłem do domu. Tylko samochód pozostał na przymusowych wczasach.
Byłem świadkiem podobnego zdarzenia w Niemczech. W serwisie wymienili zepsutą część od ręki. Widać, tam, dla wygody klienta, opłaca się „zamrozić gotówkę w częściach”. Pamiętam też zdarzenie sprzed lat, z tak pogardzanej teraz u nas Grecji. Gdy zepsuł się nietypowy na greckich drogach polski mały fiat, właściciel warsztatu samochodowego pojechał na skuterze szukać potrzebnej części w większym mieście.

Niby jest u nas wszystko to, co na Zachodzie. Autoryzowany serwis w nowoczesnym pawilonie, usługa assistance, te same uprawnienia klienta. A jednak działa to inaczej. Dlaczego? Tak na pierwszy rzut oka zasadnicze powody są takie: fatalna organizacja i chciwość właścicieli serwisów, którym „nie opłaca się zamrażać gotówki w częściach”. No i lekceważenie klienta, którego interes w ogóle nie jest brany pod uwagę. A może są jeszcze inne przyczyny? Ale z zewnątrz wygląda to tak jak na Zachodzie. Może nawet salony samochodowe są bardziej okazałe.

Wydanie: 35/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Tomasz
    Tomasz 7 października, 2015, 13:59

    ja mam niestety podobne nieprzyjemności z vw po zderzeniu, czekam na części już prawie 3 tygodnie w „bardzo” autoryzowanym serwisie vw. chyba następnym razem zdecyduję się na zamienniki. Czy ktoś wie co się dzieje w tej centrali vw w Poznaniu?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy