Obyśmy tylko zdrowi byli!

Obyśmy tylko zdrowi byli!

Zdanie to, na poły życzenie, na poły pozdrowienie, nabrało dziś szczególnej treści. Strajkują lekarze. Żądają podwyżki płac. Mają rację.
Chcielibyśmy, aby każdy lekarz był jak doktor Judym. Zgoda, ale pełen poświęcenia szlachetny Judym miał, zdaje się, z czego żyć. Dziś młody lekarz, gdyby chciał żyć z pensji, nie utrzymałby rodziny.
Przez kilkadziesiąt lat PRL i kilkanaście lat III RP lekarze zarabiali nędznie, a większość z nich żyła dostatnio. Wszyscy o tym wiedzieli i nic z tego nie wynikało. Pacjent „odwdzięczający się młodej lekarce na parapecie” był czymś normalnym nawet dla radiowego kabaretu.
Ukształtowała się swoista norma kulturowa: pacjenci czasem z dobrej woli, czasem bardziej czy mniej delikatnie do tego przymuszani powszechnie dopłacali lekarzom do ich skromnych pensji. W różnych formach. Czasem w gotówce, czasem prezentem. Czasem w trakcie wizyty, czasem przed zabiegiem, a czasem z wdzięczności po operacji.
Akceptowało to społeczeństwo, państwo udawało, że nie widzi. Ustalając dla lekarzy siatkę płac, najwyraźniej uwzględniało ich „dodatkowe dochody”.
Ta hipokryzja i patologia trwały latami. Dostatecznie długo, by stać się wspomnianą normą kulturową.
Byli i są lekarze, którzy nigdy nic od pacjenta czy jego rodziny nie wzięli. Z reguły zatrudnieni są na dwóch etatach lub więcej, biegają ze szpitala do przychodni, z przychodni do spółdzielni lekarskiej, a w weekendy dorabiają dyżurami. Mimo to do żadnego majątku nie doszli.
Większość lekarzy niczego od pacjentów nie żąda, leczy ich tak sumiennie, jak potrafi, ale jak pacjent z własnej woli coś im daje – przyjmują z wdzięcznością, choć nieco się krygując, mówiąc, że nie trzeba, że po co, ale ostatecznie biorą. To coś to czasem koniak, czasem 50 zł (za wizytę w domu) lub 100 zł, gdy poważniejszy przypadek. Biorą, ale gdyby nic nie dostali, też leczyliby tak samo.
Dlaczego ludzie dają? Bo sądzą, że tak trzeba, że tak wypada, „bo wszyscy dają”. Dają, bo sądzą, że darmowa pomoc zapewne niewiele jest warta, a jak zapłacą, to mogą więcej wymagać.
Czasem wynagradzają lekarza z autentycznej wdzięczności za opiekę, za leczenie, za udaną operację.
Są i tacy lekarze, którzy przyjmują najzwyklejsze łapówki za wypisanie nienależnego zwolnienia lekarskiego, za nieprawdziwe poświadczenie niezdolności do pracy czy odbycia kary. Są też lekarze hieny, którzy od pacjentów bezczelnie żądają zapłaty i od niej uzależniają leczenie, przyjęcie do szpitala, operację lub jej przyspieszenie.
Ich zachowanie jest nie tylko moralnie jednoznacznie naganne, ale jest niewątpliwie przestępstwem.
Mieliby jednak mniejsze pole do popisu, gdyby na miejsce w szpitalu, termin zabiegu czy wizytę u specjalisty nie trzeba było czekać tygodniami lub miesiącami.
Teraz w ramach rewolucji moralnej, której rycerzami (może tylko harcownikami?) są prokuratorzy, sytuacja ma się radykalnie, z dnia na dzień zmienić.
Teraz żaden lekarz już nie tylko „nikogo życia nie pozbawi”, ale nawet od nikogo koniaku ani wiecznego pióra nie przyjmie. Nie pozwoli na to Centralne Biuro Antykorupcyjne, instalując po gabinetach lekarskich nie zawsze legalnie, jak się okazuje, podsłuchy, ani prokuratorzy, przesłuchując bądź nawet ekshumując pacjentów.
No dobrze, ale tej zasadniczo słusznej idei odnowy moralnej w służbie zdrowia i zerwania z korupcyjnymi praktykami nie towarzyszy ani poprawa organizacji służby zdrowia likwidująca owo korupcjogenne oczekiwanie na zabieg czy choćby wizytę u specjalisty, ani podnoszenie wynagrodzeń dla lekarzy.
Lekarze, którzy nie będą mogli, pod rygorem pójścia do kryminału, przyjąć od pacjenta już nie tylko pieniędzy, ale także butelki koniaku, chcą tak zarabiać, aby z pensji mogli się utrzymać wraz z rodziną, a butelkę koniaku czy wieczne pióro kupić sobie sami.
Chcą zarabiać tak, aby stać ich było na wyjazd na konferencję naukową bez korzystania ze sponsoringu firmy farmaceutycznej. By stać ich było na zakup drogich książek fachowych, bez oglądania się na rabat od wydawcy.
Są gotowi wyrzec się dotychczasowych praktyk, do których zmuszało ich życie, chcą żyć godnie. Taka jest wymowa lekarskiego strajku.
Ale rząd z rozbrajającą szczerością mówi im, że na podwyżki płac pieniędzy nie ma.
O poprawie organizacji służby zdrowia sympatyczny i budzący zaufanie telewidzów minister Religa mówi to samo od dwóch lat bez wyraźnego efektu.
Na razie rząd gotów jest tylko pozakładać w gabinetach lekarskich podsłuchy, nasłać na lekarzy prokuratorów i podjudzić przeciw lekarzom społeczeństwo.
Trudnych problemów społecznych, a do takich bez wątpienia należy problem naszej służby zdrowia, nie da się rozwiązywać jedynie za pomocą prokuratury.
Rządzący zaś innych pomysłów nie mają.
Przypuszczam, że zdecydowana większość lekarzy nie chciałaby być uzależniona od pacjentów, nie chciałaby od nich nielegalnych dopłat do swoich pensji.
Chcą tylko, aby państwo stworzyło im warunki do uczciwej pracy. Tylko tyle i aż tyle.
Jaki będzie efekt uzdrawiania służby zdrowia za pomocą prokuratury i CBA?
Jeśli wysokiej klasy specjalista w Polsce ma zarabiać 2,5 tys. zł czy 3 tys. zł pod czujnym okiem CBA i prokuratury, to albo wyjedzie za granicę, gdzie zarabiać będzie wielokrotnie więcej, albo zwolni się z publicznego szpitala czy przychodni, otworzy własny gabinet lub klinikę i będzie leczył ludzi za pieniądze. Niestety tylko bogatych.
Biednym pozostaną publiczne placówki służby zdrowia bez najlepszych lekarzy, za to z paromiesięcznym oczekiwaniem na wizytę u specjalisty. Zdrowie psychiczne krzepić będzie za to przekonanie, że oto rząd odnowił moralnie służbę zdrowia.
Nie będzie zdrowo, będzie za to uczciwie.
Oj, obyśmy tylko zdrowi byli!

Wydanie: 22/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy