Moje czarnowidzenie

W tym roku, jak rzadko ostatnio, nie będzie wyborów. Ani parlamentarnych, ani samorządowych, jeszcze nie prezydenckich. Będzie jedynie referendum prounioeuropejskie.
To uda się wygrać, bo oprócz ideowych antyunistów, osadzonych w imperium medialnym Ojca Dyrektora Rydzyka, i kilkudziesięciu nawiedzonych antyunijnie posłów naszego Sejmu główni gracze polityczni już z naszą akcesją się pogodzili. Nawet Roman Giertych, tak w mediach antyunijny, zapewne uznał „wolę nieba”. I kombinuje, jak referendalną przegraną przekuć w przyszłe wyborcze sukcesy.
Rok 2003 będzie do połowy wielkim jarmarkiem referendalnym. Euroentuzjaści wygrają, bo trudno przegrać ze zjednoczonym frontem aktualnej koalicji rządzącej, wspomaganej przez prounijną Platformę Obywatelską. Przez prounijne, jednoczące się środowiska byłej AWS, no i przez część Episkopatu. I pewnie papieża. „Bruksela warta mszy”, wzdychają laiccy euroentuzjaści. Za papieski marketing prounijny gotowi są zapomnieć w tym roku o ideach państwa świeckiego. Zwłaszcza że jak już tam będziemy, to Unia nam o świeckości przypomni.
Europrzeciwnicy z LPR, PiS, no i z Samoobrony liczą pewnie na przypadek Churchilla. Sir Winston Leonard Spencer wygrał II wojnę, ale przerżnął zaraz potem wybory parlamentarne. Bo powojenna rzeczywistość – bieda, konieczność spłat długów za zwycięstwo – zniechęciła Brytyjczyków. Premier Miller wygra dla Polski Unię Europejską, ale on i jego formacja mogą za to zapłacić przyszłą ławą opozycyjną.
Zanim do wyborów parlamentarnych dojdzie, trzeba będzie wybrać posłów do Parlamentu Europejskiego. Pewnie w czerwcu 2004 r. Tu można spodziewać się natłoku kandydatów prawicy, działaczy zwiędłej Unii Wolności, w mniejszym stopniu obecnej koalicji.
Pierwsza polska reprezentacja w Strasburgu nie może jednak być sformowana na zasadzie oddelegowanych za poprzednie zasługi ludzi pragnących dożyć tam emerytury politycznej. Czy ludzi naznaczonych misją „ukatolicyzowania” świeckiej Unii. Parlament Europejski wymaga kooperacji. Potrzebuje ludzi otwartych na inne kultury i wiary, tolerancyjnych dla różnorodnych mniejszości. No i ludzi decydujących się na polityczną emigrację. Posłowanie w Parlamencie Europejskim osłabia przecież związki z krajową polityką. Często też osłabia związki rodzinne. Ekipa zasłużonych emerytów odbije się czkawką w roku następnym.
W 2005 r. wypadają nam wybory parlamentarne i prezydenckie. I wtedy nadejdzie czas dla euromalkontentów. Jęczących, że stało się tak, jak się stało. Że oni wcześniej przestrzegali, iż można było wytargować lepsze warunki naszego wuniowstąpienia. Ale ekipa Millera za łatwo zgodziła się na podsunięte, podstępnie, warunki. No i teraz trzeba dać władzę ludziom twardym, niezwiązanym z poprzednim euroukładem.
Rzecz jasna najlepszym gwarantem mocnego podejścia do UE byłby mocny człowiek na stanowisku prezydenta RP. Czyli Lech Kaczyński. Lider PiS . Zaś koalicyjny rząd mógłby składać się z całego grona Unią niespełnionych. Od PiS-owców, poprzez skłóconych z Kalinowskim ludowców z PSL, wychodźców od Leppera, aż po działaczy Ligi Polskich Rodzin. Oni, chociaż wcześniej antyunijni, znaleźliby się tam jako reprezentanci nurtu „ocalenia narodowego”. Wicepremier Roman Giertych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego to wcale nie political science fiction, to może być reality show.
W roku 2003 nie będzie poza referendum innych politycznych wyborów. Jeśli jednak euroentuzjaści oszołomią się sukcesem i prześpią ten kampanijny rok, to za dwa lata czeka ich ława opozycji.

 

Wydanie: 1/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy