Przeciąganie Millera

Kuchnia polska

Leszek Miller jaki jest – każdy widzi. Na kongresie SLD potwierdził jedną z cech swojego charakteru, którą jest ogromna zręczność w rozgrywaniu sytuacji konfliktowych, czego dowodem może być jego referat, dość kiepski jako dzieło sztuki oratorskiej, w którym uprzedził jednak wszystkie zarzuty, jakie mogły paść przeciw niemu w dyskusji. W ten sposób głosy te stały się wtórne i mniej donośne.
Jednakże traktowanie kongresu SLD jako przeciągania Millera to na jedną, to na drugą stronę albo też nawoływanie go do poprawy i skruchy za popełnione błędy zarówno w partii, jak i w rządzie wydaje mi się dość niepokojące. Po pierwsze, dlatego że nawet kiedy przywódca poprzez styl swego rządzenia popełnia błędy, to wina za to spada nie tylko na niego, ale także na tych, którzy się na ten styl godzą i przyjmują go z nadmierną często pokorą albo nawet ochotą. Po drugie zaś, dlatego że główną cechą tego kongresu, mającego wytyczyć dla SLD nowe drogi, nie była zajadła walka stanowisk, lecz raczej rodzaj chaosu, podczas którego mówcy przemawiali do audytorium zajętego zupełnie czym innym – rozmawianiem przez telefony komórkowe, czytaniem gazet, rozwiązywaniem krzyżówek lub spacerowaniem po sali. Nawet przenikliwi komentatorzy prasowi swoje prognozy polityczne opierać musieli głównie na badaniu nasilenia oklasków – a to dla prezydenta, a to dla generała Jaruzelskiego, a to dla samego Millera wreszcie, porównując je z oklaskami z przed lat dwóch czy czterech. Kontynuując zaś analizę polityczną opartą na wrażeniach słuchowych, senator Berny określiła w swym przemówieniu SLD jako „partię głuchych liderów”, co wskazuje na to, że nie tylko sala nie słucha mówców, ale także mówcy nie słuchają sali.
O czym to świadczy?
Zapewne o wielu rzeczach naraz. Dla mnie jednak świadczy przede wszystkim o tym, o czym pod rozmaitymi postaciami piszę od lat i do znudzenia, a mianowicie o bardzo mizernym poziomie pracy intelektualnej, jaka odbywa się na zapleczu największej w końcu, więc przez to najbardziej odpowiedzialnej za losy kraju partii w Polsce. To nie znaczy, że w SLD i w jego otoczeniu brakuje ludzi inteligentnych i wykształconych. Ale znaczy, po pierwsze, że zainteresowanie tym, co oni robią i myślą, jest ze strony tej partii minimalne, po drugie zaś, że wyniki tych rozważań nie znajdują przełożenia na praktyczne życie partii, czyli – owszem, użyjmy tego zwrotu – na istniejące w niej frakcje. A przecież tylko jasno wyartykułowane zapatrywania poszczególnych frakcji na konkretne problemy praktyczne mogą nadać zarówno sens wyborom władz partyjnych, jak i wartość kongresowej dyskusji.
Weźmy konkretne przykłady. Ważnym momentem kongresu było wystąpienie wicepremiera Hausnera, który naruszył kilka niepodważalnych dotąd dogmatów, jak ten na przykład, że nie wolno powiększać deficytu budżetowego. Mówił on także o tym, że należy obniżyć niektóre podatki, ale nie był entuzjastą podatku liniowego. Dla wtajemniczonych rysuje się w tym pewna idea, a więc że wzrost gospodarczy profesor łączy z ożywieniem rynku wewnętrznego i interwencją państwa, w czym kołacze się myśl Keynesa, ale też że podatek liniowy nie jest zgodny z socjaldemokratyczną koncepcją redystrybucji dochodu narodowego, która polega na większym opodatkowaniu bogatych na rzecz biednych. Mówi się, że od tej ostatniej zasady odstąpił właśnie Schröder w Niemczech, zapominając jednak, że Niemcy od dawna są krajem, w którym rozpiętość pomiędzy dochodem najniższym i najwyższym jest stosunkowo najmniejsza, podczas gdy ta skala w Polsce jest przerażająca, na poziomie bananowych republik latynoskich i różnic między plantatorami a zdychającymi z głodu peonami.
Otóż wszystko to pięknie, ale czy te sprawy były kiedykolwiek przedmiotem dyskusji w SLD? Czy rozmawia się o tym na zebraniach kół SLD, jeśli takie koła i takie zebrania w ogóle istnieją, o czym jako niezrzeszonemu trudno mi sądzić? Zatem skąd ma się wziąć teraz zasadnicza dyskusja programowa na kongresie?
Wyszła właśnie we Wrocławiu książeczka „W poszukiwaniu innych światów”, złożona z tekstów starających się mówić o tych sprawach, była ona sprzedawana na stoisku wydawnictwa Scholar w kulisach kongresu SLD. Ale psa z kulawą nogą nie widziałem przy tym stoisku, bo co to obchodzi delegatów? Znam zresztą ten ból, sam wydałem kiedyś podobną pracę zbiorową „Człowiek, rynek, sprawiedliwość” i kwestowałem z nią po różnych zgromadzeniach SLD z takim samym skutkiem.
Niedawno media z wielką ironią opisywały, jak to górnicy na Śląsku protestują przeciwko pożyczce Banku Światowego na restrukturyzację górnictwa. Ale nie ma się czemu dziwić, bo dla górników ta restrukturyzacja, pewnie niezbędna, to nic innego jak zamykanie kopalń i wysyłanie ich załóg na bezrobocie. Ale czy dyskutowano o tym kiedykolwiek w SLD jako o wielkim dylemacie współczesności, z którym coś trzeba zrobić?
Wiadomo, są na to setki dowodów, że idziemy w stronę „końca pracy”, a obecna walka z bezrobociem jest konieczną, ale krótkofalową próbą odsunięcia i złagodzenia tego „procesu długiego trwania”, jak określają to naukowcy. Dyskutują o tym socjaldemokracje we Francji, w Niemczech, piszą różni jajogłowi. Ale czy zmąciło to choć trochę świadomość naszych przywódców, a na kongresie padło choć słowo o wolontariacie albo o kulturze jako remedium na tę sytuację?
Nie chcę się wdawać w jeremiady. Powiedziano mnóstwo słów o moralności, uczciwości, przyzwoitości, których nigdy za dużo, a ostatnio nawet wyraźnie za mało, co kongres SLD przyznał. Już dość dawno jednak ktoś powiedział słusznie, że moralność jest funkcją myślenia, co polskie przysłowie tłumaczy po prostu, że „lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć”, nawet gdyby ten głupi był nieposzlakowanie moralny. SLD mimo wszystkich swoich wad jest niewątpliwą wartością polskiej demokracji, także dla tych, którzy go nie popierają politycznie. Prezydent powiedział o nim, że jest „partią po przejściach”, co może mu wyjść na dobre, inni twierdzą, że przeżyje „przełom”, jeśli „nawróci się” – choć nie bardzo wiadomo na co – Millera. Ale czasy są takie, że nie uratuje się w nich żadna formacja polityczna, która nie podejmie intensywnej pracy umysłowej, aby zrozumieć, co naprawdę z nami i dookoła nas się dzieje. I to nie w formacie zaściankowym, lecz globalnym. Czego nikt nie wie całkiem dokładnie, ale niektórzy starają się zrozumieć. Niezależnie od tego, kto, gdzie i po co przeciągnie Millera.

 

Wydanie: 28/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy