Od Tiananmen do Nobla

Od Tiananmen do Nobla

Pokojowa Nagroda Nobla dla Chińczyka ucieszyła mnie, jakby Liu Xiaobo był moim dobrym znajomym. W pewnym sensie nim jest. Przypomina mi się on często od dziesięciu lat, od czasu gdy przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” (3-4 czerwca 2000 r.) jego rewelacyjny artykuł o młodzieżowej rewolucji na placu Tiananmen. (Redakcji trzeba pogratulować znakomitego rozeznania). Artykuł był świetnie napisany, głęboko pomyślany i od razu było widać, że autor to jest ktoś. Liu Xiaobo nie należy do tych dysydentów, którzy na cześć wolności gotowi byliby podpalić kraj, zepchnąć społeczeństwo w przepaść anarchii i przemocy, jak to zrobili w swoim czasie komunistyczni rewolucjoniści pod wodzą Mao, początkowo przecież idealiści polityczni pełni najlepszych intencji. Do tego rewolucyjnego idealizmu nawiązywali studenci na placu Tiananmen, z uniesieniem śpiewający „Międzynarodówkę” i we wszystkim nastrojeni na ton rewolucyjny. Mam ochotę przytoczyć kilka dłuższych cytatów z artykułu Liu i zrobię to. „W komunistycznych Chinach – pisał – nie ma słowa bardziej świętego niż „rewolucja”. W imię rewolucji sprawowany jest monopartyjny despotyzm… Chińczycy każdą zmianę społeczną nazywają „rewolucją” lub „kontrrewolucją”. Każdy by wyrazić wdzięczność albo niezadowolenie, sięga po to słowo. Doszło do tego, że ludzie mówią o „rewolucji rodzinnej”, „rewolucji małżeńskiej”… Czym tak naprawdę jest rewolucja? Nie ma sensu o to pytać. Wszystko, co robimy i myślimy, jest dla pomyślnego „przeprowadzenia rewolucji do samego końca!””. Przychodzą na myśl słowa Nadieżdy Mandelsztam, która pisała, jak słowo „rewolucja” fatalnie oddziałało na umysły inteligencji rosyjskiej. Młodzież na placu Tiananmen chciała dokonać rewolucji. Przeciw czemu? Przeciw niedemokratycznym metodom wprowadzania reform gospodarczych przez Deng Xiaopinga. Na tym placu „w 1949 roku Mao ogłaszał zwycięstwo rewolucji; czterdzieści lat później młodzi przywódcy studenccy i intelektualiści równie pewni siebie oczekiwali zwycięstwa „najnowszej” rewolucji”. Na placu panowało przekonanie, że niezadowolenie ludzi z niektórych skutków liberalnych reform gospodarczych wyraża odrzucenie panującego reżimu. Była to gruba pomyłka, twierdzi Liu. „W porównaniu z tym, co zrobił Mao, zmiany dokonane przez Deng Xiaopinga zadziwiły świat”, a sami Chińczycy „doceniali, że każdy wysiłek władz miał na celu rozwój gospodarki i podniesienie stopy życiowej”. Tymczasem manifestanci na Tiananmen inspirowali się „światowym trendem demokratyzacji”. Byli pewni, że obecność niezliczonej ilości zagranicznych dziennikarzy jest dowodem poparcia ze strony całego świata. „Wiara w naszą słuszność – pisał Liu Xiaobo – wykroczyła daleko poza granice politycznej rzeczywistości i stała się szaloną mrzonką”. Dążenie do demokracji było nadmiernie emocjonalne, romantyczne, a jeśli chodzi o postępowanie manifestantów, to było ono niejednokrotnie zaprzeczeniem demokracji. „Większość metod, które stosowaliśmy, by zmobilizować tłumy, niczym nie różniła się od metod partii, stosowanych przez nią wcześniej wiele razy. Dążyliśmy do zakrojonego na wielką skalę sensacyjnego efektu…”. Na Tiananmen powstało alternatywne społeczeństwo ze specyficznymi prawami i obyczajami, z własną hierarchią autorytetów, na czele której znajdowali się najskrajniejsi radykałowie i głodówkowicze; w swoim pojmowaniu prawdy „byliśmy jak Mao Zedong, który nie pozwalał, żeby istniały jakiekolwiek poglądy inne od oficjalnych”. Ruchowi przewodzili studenci i intelektualiści. „Legitymacja studencka stała się dokumentem uprawniającym do wszystkiego – posiadając ją, mogliśmy za darmo jeździć autobusami, jeść nie płacąc, rekwirować samochody według własnego widzimisię, rewidować albo przesłuchiwać podejrzanych przechodniów, bez żadnych skrupułów trwonić pieniądze z datków obywateli, nie przestrzegać higieny, pluć wszędzie, śmiecić do woli, załatwiać potrzeby fizjologiczne w dowolnym miejscu, a nawet wysmarowywać ekskrementami szyby autobusów komunikacji miejskiej i nic sobie nie robić z wymierzanych za to kar. Aby zawrzeć małżeństwo, potrzebowaliśmy jedynie pieczęci kwatery głównej placu… Mogliśmy samowolnie niszczyć publiczną własność, spuszczać powietrze z opon autobusów i pewni siebie oświadczać, że miało to na celu udaremnienie spisków rządowych”.
Liu Xiaobo był jednym z nielicznych aktywistów ruchu, którzy widzieli rzeczywistość taką, jaką była, i szukali sposobów uniknięcia katastrofy. Władze początkowo starały się nawiązać dialog z manifestantami, były gotowe do kompromisu. Skoro rewolucja na Tiananmen przybrała taką postać, taki charakter, jak opisuje Liu, rozumiemy, że finał musiał być katastrofalny. Dzisiejszy laureat Nobla nie odżegnał się jednak ani wówczas, ani później od niewydarzonej rewolucji. Rozumie, że przed władzą stanął problem trudny, należało go jednak rozwiązać w nie tak brutalny sposób. Łatwo powiedzieć, co być powinno; artykuł Liu jest cenny jako głos uczciwego człowieka o tym, jak było naprawdę. Nie można się dziwić, że radykalni dysydenci protestowali przeciw przyznaniu mu pokojowej Nagrody Nobla. „Bojownicy o demokrację – pisał – którzy uciekli później za ocean, lekkomyślnie przeinaczali fakty, żeby wyolbrzymić okrucieństwo i nikczemność partii i stworzyć heroiczny wizerunek siebie jako ocalonych z rzezi. To oni wprowadzili w błąd międzynarodową opinię publiczną”. (Wszystkie cytaty z artykułu „Zbyt słuszni, zbyt odważni”, „Gazeta Wyborcza”, 3-4 czerwca 2000 r.).
Obrońcy praw człowieka, zarówno polscy, jak inni, interesują się Nagrodą Nobla dla Chińczyka prawie wyłącznie pod kątem jej skuteczności dywersyjnej wobec reżimu w Pekinie. Rząd chiński również, co zrozumiałe, przyjmuje ten punkt widzenia. Gdy Liu Xiaobo został oficjalnie skazany na jedenaście lat więzienia, wielu komentatorów uważało za oczywistość, że zostanie zwolniony za parę lat, bo taki panuje dziś „duch praw” w Pekinie. Nobel może czas uwięzienia jeszcze bardziej skrócić, ale, niestety, może mniej skrócić, niż przypuszczano. Na razie korzyść mamy taką, że dowiadujemy się o Chinach rzeczy nowych, do tej pory przez media raczej nie eksponowanych. Więzienia chińskie w czasach Mao miały straszną opinię. Dziś surowy wyrok na Liu wcale nie odstrasza. 165 osób napisało w liście otwartym: „Jeżeli Liu Xiaobo jest „winny przestępstwa”, to przestępcą jest każdy z nas. Ukarzcie nas tak samo” (J.P. Béja, „Gazeta Wyborcza”, 9-10 października). Ani w Związku Radzieckim, ani w Chile, ani w żadnej innej rzeczywiście opresyjnej dyktaturze nikt dla zademonstrowania postawy nie dopraszał się uwięzienia. Takie przykłady znamy tylko z historii ustrojów, które się szybko liberalizowały (Rosja końca XIX w.; w Polsce końca lat 80. Adam Michnik nie chciał opuścić więzienia na nie swoich warunkach). Rewelacyjna wydaje mi się informacja, że funkcjonariusz bezpieki tak był oczarowany dysydentem, że odważył się złamać regulamin służby, aby zrobić mu przysługę.
Postępowanie władz wobec Liu Xiaobo (przed uwięzieniem mógł podróżować za granicę, publikować tam w prasie chińskojęzycznej i wykładać na uniwersytetach) świadczy, że uznają jego wybitność i nie trzeba aż demokracji w Chinach, aby Liu zajął w Pekinie miejsce uznanego także przez rząd autorytetu moralnego i intelektualnego. Trochę autorytaryzmu może nawet lepiej posłużyć jego pozycji niż całkiem liberalny rozgardiasz.

Wydanie: 42/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy