Na samym początku i końcu – Hel

Na samym początku i końcu – Hel

Pewnie można by komentować ze zgrozą, ironią, szyderstwem, przerażeniem, zadziwieniem to, co się wyrabiało wokół głosowania w Sejmie nad ratyfikacją unijnej decyzji o zasobach własnych dotyczącej Funduszu Odbudowy, zarówno podczas sejmowych przepychanek, jak i medialnych starć czy sieciowych tsunami. Mógłbym z zasłużoną złośliwością komentować sytuację Zbigniewa „Niemego” Ziobry, jakkolwiek by było ministra „prezydenckiego”, który, dowodząc rokoszkiem przeciw ratyfikacji, miał czelność zwrócić się przeciw imperatorowi Jarosławowi, co sprawiło, że marszałkini Sejmu Elżbieta Witek nie dopuściła go do głosu, i w tym jednym momencie oglądaliśmy nie potężnego, mściwego ministra sprawiedliwości, który na każdego coś ma, tylko małego, skarconego przez nauczyciela, rumianego ze wstydu chłopca.

Można by też o szczepionkach w deszczowych, zimnych, majowych kolejkach i popularności dramatycznych wieści z Indii, gdzie z powodu rozluźnienia rygorów podczas uroczystości religijnych, imprez sportowych i wyborów oglądamy spektakl rozszalałego covidu – zbierającego krwawe żniwo, w stosunku do liczby mieszkańców mniejsze jednak niż nad Wisłą. Ale możliwość komentowania jest również możliwością niekomentowania.

Nie mogę się oderwać myślami od rodzinnej, przykrej uroczystości. Przeżywszy 92 lata, zmarł mój wujek. Śmierć w tym wieku to niby nic dziwnego. Jednak odejście wujka zamyka jakąś ważną część mojego życia, uruchamia wyobraźnię, kołyszą się wspomnienia. Wujek był całe życie marynarzem Marynarki Wojennej i żył tam, gdzie stacjonował – w Helu. Spędzałem tam szczęśliwe momenty niezmąconego dzieciństwa, nie mając jeszcze żadnych poglądów, uprzedzeń, wątpliwości ani pytań. Wujek był niewiarygodnie pogodny i – co ważne – był pierwszym człowiekiem z tatuażem, którego poznałem. Pierwsza widziana szaroniebieska kotwica, splecione litery MW na szczupłym, żylastym przedramieniu, pozostanie już na zawsze tą najważniejszą – i piękną, tajemniczą, i trochę groźną, niepokojącą.

Port wojenny w Helu, do którego niekiedy mnie przemycał, był wówczas pełen prawdziwych i pływających okrętów, które parolatkowi wydawały się przeogromne i potężne. Dzisiaj w tym miejscu nie ma żadnego okrętu, czasami stacjonują jednostki ratownicze. Port budowany był jeszcze przed wojną, w czasie wojny Hel szybko stał się jedną z najważniejszych baz szkoleniowych załóg hitlerowskich U-bootów. Z pejzażu dzieciństwa nieusuwalne jest wspomnienie rejsu małym kutrem, motorówką, do portu wojennego w Gdyni po kamizelki ratunkowe dla helskiego garnizonu – dzisiaj można to napisać, wujek już nie poniesie żadnych konsekwencji oprócz mojej dobrej pamięci. W Gdyni stacjonowały także okręty podwodne, ich widok uprzytamnia mi, że nie zawsze byłem antymilitarystą i że te obrazy broniły się swoją oczywistością i mocą.

Pobyty w Helu to także odwiedzanie kina Wicher, nowoczesnego, modernistycznego, zbudowanego w latach 60. W XXI w. kino niszczało, popadając w ruinę, podobnie jak funkcjonujące obok kasyno wojskowe, gdzie się stołowaliśmy. W zeszłym roku oba budynki zrównano z ziemią, wejdzie deweloper i będzie apartamentowiec, a ja mam wciąż pod powiekami wichrowe mozaiki z syrenami i wspomnienia pierwszych seansów filmowych. Do bólu po odejściu wujka dołączył skurcz tęsknoty za widokiem Wichru. Ten pusty plac symbolizował jakiś kolejny koniec tamtego świata, w którym dla marynarza z kilkudziesięcioletnią służbą na okrętach i w porcie nie zabrakłoby miejsca w helskim szpitalu wojskowym. A tak się stało teraz. Śmierć wujka zakwalifikowano jako covidową, co sprawiło, że wdrożone procedury nie pozwoliły rodzinie ubrać go w mundur. A całe życie był przecież marynarzem. Sam cmentarz upstrzony jest co najmniej kilkudziesięcioma tabliczkami, że groby są nieopłacone. Cmentarz jest komunalny. Nie zapłacisz – nie będziesz miał grobu.

Nasz ostatni spacer przed kilkoma laty był oczywiście do latarni i do portu. Charakterystyczną szczupłą sylwetkę wujka rozpoznawali mieszkańcy, koledzy, wędkarze, sąsiedzi. Hel, który pamiętałem i który pokochałem dzięki wujkowi, odszedł w dal. Dzisiaj można chodzić wokół całego helskiego cypla, na pięknej plaży nie ma zasieków z drutu, można zwiedzać dawne fortyfikacje, bunkry, stanowiska ogniowe. Przechodzić przez hektary lasów obronnych, wspominać szarawą stal okrętów, chłód broni służbowej, śmiech starego marynarza. I odwracać głowę od straganowej, reklamowej oczopląsiarni. Pewnie nieraz jeszcze tam pojadę, to podróż w czasie i historii, ale Hel już nigdy nie będzie dla mnie tym samym miejscem. Żegnaj, wujku, ahoj, dobrego żeglowania po morzach wieczności. Helu – nie daj się.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 20/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy