Wahadełko

Wahadełko

Zabawne są dysputy, czy Magdalena Ogórek nadaje się na kandydatkę na prezydenta, czy się nie nadaje. Ktoś powie – za ładna, ktoś – za szczupła, inny – za młoda. Nawet czytanie programu z kartki, nie mówiąc o samym programie, o którym rozmawiać na razie nie chce (musi się poduczyć), stawia przy kandydatce znak zapytania. Dostanie jednak sporo głosów, też dlatego, że większość Polaków uważa całą sferę polityczną za niepoważną. Sporo ludzi będzie głosować z przekory. A czy kandydat Andrzej Duda, na smyczy prezesa, jest poważny? Ten będzie co chwila doń wołał: Duda, do nogi!

„Pigułka po” przypomina, jak wielkie problemy ma współczesny Kościół z seksualnością i z rewolucyjnymi zmianami obyczajowymi. Jesteśmy już blisko chwili, kiedy różne formy zapobiegania ciąży, od tej czy od tamtej strony, będą doskonałe. Nic, co nowe, nie jest bezkarne i coraz trudniej nam używać pojęcia postęp. Skutki uboczne postępu zawsze nas zaskakują, ale nie potrafię nie być za nim. Jeden z możliwych skutków ubocznych – faceci będą śmiertelnie się bali niechcianej ciąży. Kiedy kobieta uzyska już pełną kontrolę nad prokreacją, odbywać się będą polowania kobiet na dobrych reproduktorów.

Jadę z Warszawy Wschodniej do Gdyni pięknym pociągiem, który ma głowę delfina, a ciało błyszczącego węża. W wagonie nie działa aparat do czyszczenia butów, a może nie umiałem go włączyć, pewnie to drugie. Odpadanie od nowej cywilizacji po sześćdziesiątce bardzo jest przykre. Większość pasażerów pracuje na tabletach lub laptopach. Ja też pracuję, udaję, że radzę sobie z nowoczesnością. I nawet zły jestem, że jeszcze nie ma w pociągu internetu. Fotele wydają się niewygodne, ciasno prawie jak w samolocie. I jak to z wahadełkiem, Pendolino trochę kołysze – kiepsko, jeśli ktoś ma skłonność do choroby morskiej. Czepiam się na siłę, czego mogę, ale generalnie to miłe poczucie, że się europeizujemy. Tym mocniej będziemy odczuwać kolejowe kontrasty, one znikają, ale z trudem.

Gdy wracam tym samym pociągiem, w Malborku wkracza do wagonu dwóch osobników w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Zabłąkali się jakby z innego świata i są przerażeni. Najbliższa stacja Warszawa. Miotają się jak w klatce. Charakterystyczny odorek i język pijacki – na tle luksusowego wagonu niezwykły to obraz. Ogłoszono – świetnie nagłośniony jest ten pociąg – że opłata dodatkowa, jak delikatnie określono karę, wynosi 650 zł. W Polsce nadal jest tolerancja dla podpitych osobników, więc ich nie ukarano. Właściwie lubię tę polską empatię i to, że często prawa nie stosuje się bezwzględnie.

Pijacy, stojąc dyskretnie przy toalecie, podniesionymi głosami w wielkim zacietrzewieniu dyskutowali, jak mogło dojść do tej sytuacji, i wymachiwali biletami na inny pociąg. Potem musieli przejść przez nasz wagon. Najpierw długo i starannie czesali włosy, nietrzeźwość pozapinali na wszystkie guziki i ruszyli, krocząc przez salon wagonu tak godnie, jak się dało w tej sytuacji. To ta Polska, która jeszcze nie odchodzi, ale pomału jest spychana do podziemi.

Mam spotkanie autorskie na wsi, która wygląda już miejsko. Nasza wieś pomału traci wiejski charakter, trochę nawet szkoda. I potwierdza się, że teraz najlepsze są spotkania w małych ośrodkach, tam ludzi jeszcze coś interesuje i nie są tak zagonieni. Ostatnio miałem wieczór autorski w Warszawie. Przyszły dwie osoby i zaraz zasnęły. Byłem nawet wzruszony i nie pozwoliłem ich budzić. Jako że to spotkanie wokół antologii poezji stanu wojennego, uznałem, że ten rozdział jest zamknięty – też w moim życiu? Wspólnym wysiłkiem z tego, co było kiedyś heroiczne, zrobiliśmy groteskę.

W pobliskim Wejherowie piękny jest rynek i elegancki deptak. Imponująco wygląda nowy budynek filharmonii w kształcie łodzi. Dobra współczesna architektura. Całe miasto niezwykle zadbane. Teraz w mieście czy w gminie od razu widać rękę dobrego gospodarza, jak i złego.

W pobliżu ratusza zaczepia mnie delikatnie elegancki pan. To kierownik wydziału kultury w urzędzie miejskim. Zaprasza do ratusza na herbatę. Mniej więcej moja generacja, mamy więc wspólną kulturalną piaskownicę. Dowiaduję się, że były pretensje, że filharmonia tyle kosztowała, i obawy, że będzie pusta w mieście tak małym, a leżącym blisko Trójmiasta. Teraz problem, że sala za mała i wiele spektakli musi się odbywać dwukrotnie, a przyjeżdżają też widzowie z Trójmiasta. Potem spotkanie z Krzysztofem Hildebrandtem, prezydentem miasta. Jest nim od 1998 r.! – Z czym pan ma największy problem? – pytam. – Przepisy – odpowiada bez wahania. – I próby ręcznego sterowania z centrum.

Wejherowo kojarzyło mi się kiedyś z Dorotą Masłowską, mieszkała tu z mamą i z kotem w jednym z tych wielkich domów szaf. Odkryłem ją z okazji konkursu na dziennik w pewnym piśmie. Już tytuł dziennika „Mięśnie skrzydeł” był świetny.

Korespondowaliśmy ze sobą chyba rok. Miała 16 lat i nie chciała mi uwierzyć, że będzie kiedyś znaną pisarką. Skarżyła się, że w głupiej szkole musi się uczyć szkieletu żaby. A teraz w wejherowskiej filharmonii ma być wystawiana jej sztuka. Przez szkielet żaby więc do gwiazd.

Wydanie: 5/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy