To nie rekord, to patologia

To nie rekord, to patologia

Jednym z wymiarów abdykacji mediów z ich roli, zadań, misji, racji istnienia jest rozmiłowanie w prostym języku sportowych pojęć, używanych do opisu zjawisk, które ze sportem nie mają nic wspólnego, a dotyczą rzeczy fundamentalnie ważnych, problematycznych, wymagających debaty i decyzji. Język „usportowiony” infantylizuje ważkie kwestie, sprowadza je do wyścigu statystyk i bezmyślnego, przypadkowego żonglowania liczbami – bez sensu i kontekstu.

W ostatnich dniach osaczyły mnie tego typu „rekordy”. Kolejne tzw. fundusze inwestycyjne wykupują na pniu niewybudowane jeszcze mieszkania, któryś właśnie wydał za jednym razem 100 mln euro i został właścicielem 1000 mieszkań. W czym problem, zapyta miłośnik „wolnego” rynku. Jest coś do kupienia, mam wolne sto baniek eurosów, to se kupuję. No cóż, problem jest fundamentalny. Polityka mieszkaniowa w swoich różnorodnych odmianach, takich jak budownictwo, planowanie przestrzenne, infrastruktura towarzysząca, typy własności, reguły sprzedaży i wynajmu, to zbyt poważne kwestie dla życia miasta, żeby zostawić je samopas. To miejsce na intensywną, aktywną politykę umocowaną w wydeliberowanym modelu zaspokajania potrzeb mieszkaniowych wszystkich, którzy tu żyją, pracują, uczą się. Mowa akurat o Warszawie, bo tu padają owe przywołane na początku „rekordy”, samo zjawisko dotyczy jednak właściwie wszystkich polskich dużych i mniejszych miast. W budownictwie panuje wolna amerykanka, brakuje regulacji i zasad planowania, powstają osiedla – wielkie miasta, jak nowy Wilanów – bez całej niezbędnej infrastruktury towarzyszącej takiemu pomysłowi: szkół, przychodni, sklepów, ośrodków kultury, placów zabaw, parków, boisk. Metry, tarasy, garaż, dojazd.

W kolejnej cywilizacyjnej przygodzie po transformacji nie uczymy się na błędach innych wielkich miast na świecie. Od deweloperów wymaga się wyłącznie tego, żeby dobrze zarobili, no i ostatecznie, żeby nie zawaliło się na łeb. Tak jednak nie powstaje miasto. Może warto przypomnieć słowa szefa zespołu projektowego Nowej Huty Tadeusza Ptaszyckiego z lipca 1950 r., przedstawiające wizję powstającego 100-tysięcznego miasta: „Kierowaliśmy się zasadą: dać człowiekowi pracy pełnię form wypoczynku po zajęciach, by umożliwić mu podniesienie sprawności fizycznej, zapewnić jak najlepsze warunki zdrowotne, umożliwić mu jego rozwój umysłowy… Nowe miasto to pierwsze miasto bez ciasnych podwórek i ciemnych oficyn. Luźno rozstawione w terenie bloki domów, otoczone wokół zielenią, zapewnią mieszkańcom maksimum słońca i powietrza. Każde z mieszkań zaopatrzone będzie w centralne ogrzewanie, instalację elektryczną, gazową i wodę. Wszystkie domy będą zradiofonizowane. Na każdej klatce schodowej będzie telefon. Poszczególne osiedla będą posiadać swoje żłobki i przedszkola. Każda zaś dzielnica otrzyma własny dom towarowy, ośrodek kultury, boisko sportowe, szkołę, kino, bibliotekę, teatr oraz lokale klubowe. Gęsta sieć placówek detalicznego handlu umożliwi dogodne zaopatrzenie we wszelkiego rodzaju artykuły spożywcze i przemysłowe. Szybka zaś komunikacja elektryczna i autobusowa zapewni wygodne połączenie miasta z Krakowem”.

Słyszeliśmy kiedyś takie słowa od tych, którzy funduszom spekulacyjnym (pardon, inwestycyjnym) opychają warszawskie mieszkania wybudowane w każdym wyciśniętym zakątku stolicy? A może ze strony władz miasta? Władzy państwa? To może również dlatego po uchwaleniu planu ochrony parku kulturowego Nowa Huta ruszyła procedura wpisania jej na listę światowego dziedzictwa UNESCO? A do czego można wpisać nowe osiedla w wielkich i średnich miastach oprócz tabelki w Excelu z zyskami deweloperów i wyrastających jak grzyby po deszczu pośredników, podkupywaczy, zarówno indywidualnych, jak i instytucjonalnych?

Warszawą, i wieloma innymi miastami, rządzi chaos pod hasłem legendarnej wuzetki – warunków zabudowy, w którym wielcy gracze czują się jak ryby w wodzie, a ceny mieszkań, zarówno sprzedawanych, jak i wynajmowanych, należą do europejskiej i światowej czołówki. Wszystko to dzieje się w mieście odbudowanym gigantycznym wysiłkiem państwa i społeczeństwa z głową, wizją, planem (czytajcie Grzegorza Piątka „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949” czy jego najnowszą książkę „Niezniszczalny. Bohdan Pniewski. Architekt salonu i władzy” – ale czytajcie z tzw. zrozumieniem i wyciąganiem wniosków). Banki nie chcą gotówki obywateli, nie chcą trzymać pieniędzy, bo tak to powędrowało, że nie mogą na tym zarobić swoich miliardów, zamiast więc sprzedawać pieniądze, zabrały się do mieszkań, bo mogą, bo nikt nie powie: dość, stop, nie tak. I wszystko to w mieście, gdzie powstała Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, gdzie myślenie o mieście wyrastało ponad ograniczenia swojej epoki. I wszystko to można zbyć słowem rekord w tytule medialnych doniesień.

W kolejnym cyklu morderczych metafor à la rekord już się pchają doniesienia z zachodniej części Kanady. 29 czerwca temperatura w miejscowości Lytton w Kolumbii Brytyjskiej sięgnęła 49,5 st. C. Całe miasto spłonęło. Rekordowo. Wszystko. Jest rekord, jest klikanie, pieniążki płyną.

Zmarło 8 mld ludzi, a pozostali i tak nie mają gdzie mieszkać – w jak rekordowo nieodległym czasie przeczytamy takiego newsa?

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 28/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy