Tag "Kanada"

Powrót na stronę główną
Felietony Tomasz Jastrun

Aberracje i chaos

By nie pisać tylko o polityce… Dzik znowu wdarł się do naszego ogrodu i narozrabiał. To zapewne ten sam osobnik, który pamiętał, gdzie się tak smacznie pożywiał jeszcze niedawno. Przecisnął się wtedy jakimś cudem przez otwór w ogrodzeniu zostawiony dla techników, stoi tam gazomierz. Porozwalał śmieci z bio, roztrzaskał plastikową skrzynię, nażarł się i nie mógł na powrót wyjść. Była trzecia w nocy. Mało było widać. Myślałem najpierw, że to napad. Okrutnie hałasował, potem rozpaczliwie kwiczał, otworzyłem mu bramę, wtedy wybiegł. Wstawiłem nazajutrz osłonę do dziury, ale po dwóch dniach ją sforsował i znów rozwalił śmieci. Zabarykadowałem dziurę ciężką płytą. Ją też jakimś cudem wyszarpał, zostawił na niej ślady ryja i racic. Powstrzymała go dopiero metalowa krata. Chyba zaczynamy go lubić. Mamy bezdomną kotkę Matyldę, która u nas się pożywia, a czasami nawet nocuje, to teraz mamy też bezdomnego dzika, co się u nas stołuje. Nie tylko my, tej nocy stado dzików dostało się o północy do sąsiadów i zdemolowało im ogród,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

W krainie baribali

Zwierzęta znad Wielkiego Jeziora Niewolniczego

Czerwiec to miesiąc, w którym goście z całego świata odpowiadają na zaproszenie wysłane z Północy. Nad Wielkie Jezioro Niewolnicze w Kanadzie przylatują, jako jedne z pierwszych, rybitwy popielate (Sterna paradisaea) z dalekiej Antarktydy. To smukłe ptaki, wyglądem przypominające mewy. Białe upierzenie elegancko zdobią czerwone nogi, czarna czapka i dziób w kolorze wina nalanego do kieliszka w słoneczny dzień. Determinacją i charakterem nie mają sobie równych w ptasim świecie. To do nich należy rekord najdłuższych migracji. Co roku odbywają pielgrzymkę, której trasa niejako wiedzie od bieguna do bieguna. Podążają za suto zastawionym przez naturę stołem, nigdy nie doświadczając surowej zimy i ciemności.

Być może rybitwy popielate zdradzają swoim aktywnym trybem życia przepis na długowieczność. Dożywają czwartej dekady, co w świecie ptaków nie zdarza się często. W ciągu swojego szalonego życia pokonują ponad milion kilometrów i dosłownie nie potrafią usiedzieć w miejscu. Niczym sportowcy trenujący do olimpiady, rybitwy popielate muszą zadbać o dietę bogatą w kalorie i składniki mineralne. Jest to szczególnie istotne w okresie lęgowym i to właśnie dlatego ptaki te poświęcają prawie dwa miesiące życia na spożywanie rybnych kalorii, których nigdy nie zabraknie i można je zdobyć z wyjątkową łatwością.

Do ucztujących dołączają uhle garbonose (Melanitta deglandi) – stadne kaczki morskie, które przybywają nad jezioro z wód Pacyfiku. Wyglądem przypominają zmęczonego malarza. Na czarnym, aksamitnym upierzeniu odznaczają się białe worki pod oczami. Krańce ich drugorzędnych lotek umoczone są w białej farbie, a garbaty dziób to paleta, na której miesza się żółty z czerwonym, jakby to one miały odpowiadać za naniesienie pomarańczowych licheni na otaczające granitowe skały. Nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym zmieniają swoją dietę z małży Pacyfiku na skorupiaki i owady wodne, nurkując w ich poszukiwaniu przez ponad minutę.

Co ciekawe, samice uhli przejawiają tzw. filopatię. Oznacza to, że wracają gniazdować w okolice własnych narodzin, gdyż czują niezwykłe przywiązanie do ziemi, na której złapały pierwszy oddech. Podobnie czynili nasi przodkowie w Afryce, opierając na doświadczeniu ewolucyjnym decyzję o osiedleniu się w okolicach narodzin. (…)

Swoją obecność potwierdzają też siewki szare, które dolatują z oddalonego o 12 tys. km Urugwaju. Dystans nie jest im straszny. To wyborni lotnicy, którzy w czasie przelotów nad oceanem rozwijają prędkości dochodzące do 120 km/godz. Mimo że biesiada, która sprowadziła je nad jezioro, odbywa się przy niezachodzącym słońcu,

Fragmenty książki Michała Łukaszewicza Międzyświaty. Z nurtem rzek przez bezludzia Kanady, Oficyna Wydawnicza Kontynenty, Zielonka 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

W poszukiwaniu nowych biegunów

Mark Carney w Davos rzucił rękawicę Trumpowi. I może wygrać, bo jest większym realistą

Jednym z najczęściej powtarzanych dziś sloganów na temat rewolucyjnych wręcz zmian w stosunkach międzynarodowych jest przypisywane Antoniowi Gramsciemu, sparafrazowane przez Slavoja Žižka stwierdzenie, że stary porządek już umarł, a nowy wciąż walczy o to, by się narodzić – teraz natomiast trwa era potworów. Giuliano Da Empoli, włoski kulturoznawca i doradca polityczny, współpracujący m.in. z Matteo Renzim, twierdzi z kolei, że mamy do czynienia z okresem zdominowanym przez barbarzyńców, którzy anarchię wprowadzają celowo, bo w zamieszaniu wywołanym brakiem zasad łatwiej jest kraść i się wzbogacać, bez względu na społeczne czy wręcz ogólnoświatowe konsekwencje.

Z kolei jeśli wsłuchać się w słowa Donalda Trumpa, a następnie wczytać w dokumenty publikowane przez jego administrację, można odnieść wrażenie, że wszystko już wiadomo. Wracamy do XIX-wiecznej koncepcji stref wpływów, w których może istnieć tylko jeden ośrodek władzy. Wszystko, co wyszło spod ręki członków obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej – od Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Narodową Strategię Obrony po priorytety Departamentu Stanu – zdaje się jednoznacznie stwierdzać, że Waszyngton już dominuje nad półkulą zachodnią, Azję oddając Chinom, a Europę zostawiając samą w starciu z Rosją.

Współczesny świat w starych ramach

Czasem jako uzasadnienia tej teorii używa się argumentów pseudopragmatycznych. Jak w przypadku Wenezueli czy Grenlandii, gdzie Stephen Miller i Marco Rubio dwoją się i troją, żeby przekonać świat, że od amerykańskich interwencji w tych miejscach zależy bezpieczeństwo wewnętrzne USA. Można też używać pokrętnej logiki historycznej, jak w słynnym tekście „Prezydentura Lotu 93” robił to kilka lat temu Michael Anton, były już szef planowania polityki w Departamencie Stanu. On z kolei uzasadniał, że awanturnictwo militarne poza własną strefą wpływów prowadzi do upadku imperium, co wiadomo z historii Związku Radzieckiego, jego zdaniem przegranego w zimnej wojnie z powodu niepotrzebnej obecności wojskowej na Kubie.

Można przywoływać stare paradygmaty, jak doktryna Monroego z 1823 r., dająca Amerykanom prawo do chronienia zachodniej półkuli przed europejską rekolonizacją. Albo iść w stronę przepowiedni i hiperboli, jak słynna opowieść o Objawionym Przeznaczeniu, czyli religijno-strategicznej doktrynie zakładającej, że Stany Zjednoczone powinny rozciągać się od oceanu do oceanu, bo Bóg tak chciał.

Wszystkie te ćwiczenia mają jednak mniej więcej tyle sensu, ile wlewanie wody do dziurawej szklanki. Choćby nie wiadomo, ile cieczy wlać, nigdy nie zostanie ona w naczyniu – nie przyjmie jego kształtu.

Tak właśnie jest w 2026 r. ze światem, który Donald Trump próbuje wcisnąć w ramy rodem z XIX w. Nie trzeba być ekspertem od geopolityki ani profesorem historii, żeby rozumieć, że ten manewr skazany jest na porażkę.

Historie o świecie podzielonym na strefy wpływów Chin, Rosji i USA można z wielu przyczyn włożyć między bajki. Nawet jeśli trwają poważne dyskusje na temat tego, ile dziś mamy biegunów geopolitycznych. Jennifer Lind, wykładowczyni Uniwersytetu Stanforda i wybitna analityczka zajmująca się Chinami, w niedawnym eseju dla magazynu „Foreign Affairs” przekonywała, że są tylko dwa bieguny, a ten chiński jest znacznie silniejszy od amerykańskiego. Nie wszyscy jednak z tym się zgadzają.

Premier Indii Narendra Modi, lider postrzegający swoje przywództwo w kategoriach nie kadencyjnych czy partyjnych, lecz cywilizacyjnych (nie mówi po angielsku i samo w sobie jest to ciekawe – bo uważa, że nie musi), raczej nie zamierza poddawać się chińskiej dominacji, wszak Indie to dziś najludniejszy kraj świata i potężny gracz gospodarczy. Tak samo trudno uwierzyć, że Rosję stać na bycie czymkolwiek innym niż podwykonawcą Chin.

Tezy o zacementowanym już porządku światowym są publicystycznie chwytliwe, ale dalekie od rzeczywistości. Świat jest dziś w tzw. momencie kontradyktoryjnym – z jednej strony podzielony bardziej niż kiedykolwiek po 1945 r., z drugiej – bardziej niż kiedykolwiek połączony. Łańcuchami dostaw, powiązaniami handlowymi, wieloetnicznymi rodzinami, migracją i wszystkim innym, co zostało z umierającej globalizacji. Pozostaje pytanie, jak to wszystko pozszywać, żeby przy okazji uniknąć globalnego konfliktu.

Czego chce Mark Carney

Premier Kanady Mark Carney w wystąpieniu w Davos pokazał, że można podjąć taką próbę. Co więcej, istnieje realna szansa na zrobienie tego w sposób systemowy, a nie anarchiczny, oparty na nagiej sile militarnej i eksporcie wojny, jak chce to robić Trump. Jakkie Cilliers, południowoafrykański politolog i badacz trendów, stwierdził niedawno, że fakt zabicia starego porządku opartego na zasadach nie znaczy, że w jego miejsce nie może powstać nowy. Z tą różnicą, że będą to inne zasady, korzystniejsze dla państw postkolonialnych i rozwijających się. Wszystko wskazuje na to, że Carney dokładnie to chciałby osiągnąć.

Oczywiste jest, że premier swoje przemówienie budował od wielu miesięcy. W Europie nie brakuje polityków, którzy już po Davos chwalili się, że słyszeli na żywo pierwsze, prawdopodobnie próbne wersje tego wystąpienia. Wtedy jeszcze przyjmowali tezy Carneya ze zdziwieniem, dzisiaj widzą w nich pragmatyzm i racjonalizm. Nawet jeśli od Davos nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a Carney już znalazł się pod gigantyczną presją z powodu swojej wizji rzeczywistości.

Żeby jednak zrozumieć, co naprawdę chciał osiągnąć, po co otwarcie sprowokował Trumpa i na co naprawdę może liczyć, trzeba cofnąć się do minionej wiosny, kiedy amerykańska administracja regularnie poniżała ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau, nazywając go gubernatorem i grożąc aneksją kraju oraz przekształceniem go w 51. stan USA.

Kiedy Trump przejmował władzę po raz drugi, wydawało się niemal pewne, że liberałowie, którym przewodził Trudeau i których dziś reprezentuje Carney, przegrają wybory w 2025 r. z kretesem. Winne temu były wewnętrzne czynniki strukturalne, jak rosnące koszty życia, kryzys mieszkaniowy, stagnacja gospodarcza i nierówności pomiędzy różnymi prowincjami w kraju. Jeśli jednak Trump kiedykolwiek dokonał cudu przy urnie, to właśnie wtedy, w dodatku nie w wyborach, w których sam startował.

W ciągu dwóch miesięcy liberałowie odrobili ponad 20 pkt proc. straty do konserwatystów, przegonili ich i obronili stanowisko premiera. Głównie dzięki Trumpowi, do którego zaczęto porównywać przywódcę Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a – ostatecznie pozostawionego przez wyborców poza parlamentem. To był pierwszy globalny przypadek, w którym zbliżenie z Trumpem okazało się toksyczne, nawet jeśli było to jedynie zbliżenie estetyczne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Robert Walenciak

Pod Twoją obronę

Mamy czas chaosu i to się pogłębia. Niektórzy próbują tę sytuację racjonalizować, że oto stary świat odchodzi i przychodzi nowy, że mija epoka liberalnej demokracji, nudnej, ale przewidywalnej, a światem będzie teraz rządzić grupa autokratów, szefów największych państw.

I że musimy się z tym pogodzić.

Owszem, w tym kierunku zmierza świat, w tym kierunku pcha Amerykę Donald Trump, ale czy to mu się uda, jak to się skończy – tego przecież nie wie nikt.

Na razie widzimy szamocącego się prezydenta USA, który co godzinę ogłasza coś innego: to podejmuje decyzje, to się z nich wycofuje.

Wrogiem USA stała się Kanada. A w zasadzie nie wrogiem, tylko sąsiadem, którego Stany Zjednoczone chcą anektować.

Wrogiem numer 2 stała się Unia Europejska. „Ona powstała, by nas d…”, mówią trumpiści. I to wystarcza, by ją zwalczać. Jestem dziwnie pewien, że cokolwiek Europa by zrobiła, to dla Trumpa będzie źle. Atakował ją, że za mało wydaje na obronność. Teraz, po brukselskim szczycie, Europa

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Sprzedaj pan tę Grenlandię!

Grenlandia jest największą niekontynentalną wyspą świata o powierzchni ponad 2 mln km kw., zamieszkaną przez niespełna 56 tys. osób, w 90% przez rdzennych Inuitów. Nimi Trump głowy sobie nie zaprząta – na pierwsze spotkanie wysłał z wycieczką syna, którego witała garstka mieszkańców w trumpowskich czapeczkach. Sama Grenlandia obfituje w złoża bogactw mineralnych, takich jak np. gaz i ropa. Co jednak może jeszcze istotniejsze, pokryta dzisiaj lodem i śniegiem wyspa ma bardzo obiecujące pokłady metali rzadkich, na które zapotrzebowanie wciąż rośnie. O dostępne tańsze ich źródła woła głośno kilka interesów miliardera technologicznego Elona Muska (telefonia, rakiety kosmiczne, banki, energia).

Co prawda amerykańskie władze jeszcze nie ujawniły, by Inuici gromadzili broń masowego rażenia, co wymagałoby inwazji wojsk amerykańskich (vide Irak), ale argument o bezpieczeństwie ekonomicznym na stole już leży. Może nie argument, lecz fraza – w wiadomych ustach to żadna różnica. Nieprzewidywalność Trumpa tylko nakręca atmosferę kuriozalnego zagrożenia. Na tyle, że władze Francji zdecydowały się zabrać głos. I tak Jean-Noël Barrot, minister spraw zagranicznych, w kontekście wypowiedzi Trumpa powiedział we francuskim radiu: „Nie ma wątpliwości, że Unia Europejska nie pozwoliłaby innym narodom świata, kimkolwiek one są, zaatakować swoich suwerennych granic”. Premier Danii Mette Frederiksen powiedziała z kolei w duńskiej telewizji, że „Grenlandia należy do Grenlandczyków” i że jedynie miejscowa ludność może decydować o jej przyszłości. Nie można zapominać, że USA mają na Grenlandii bazę wojsk powietrznych Thule z elementami systemu wczesnego ostrzegania przed pociskami balistycznymi, którą wykorzystuje również dowództwo Sił Kosmicznych. Cała ta historia jest jak z kosmosu, ale taki przecież jest i Donald Trump.

W tle grenlandzkiej zadymy mamy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Rewolucja w raju

Kanada przez dekady uchodziła za jeden z najrozsądniej zarządzanych krajów. To właśnie się zmienia

Ta katastrofa jest zapowiadana od tak dawna, że ostatecznie może przejść niezauważona. Wprawdzie najbliższe wybory parlamentarne w Kanadzie odbędą się dopiero za kilka, może kilkanaście miesięcy (data nie została wyznaczona), lecz ich wynik wygląda na niemal przesądzony. Rządzący nieprzerwanie od 2015 r. premier Justin Trudeau, jeszcze niedawno uważany za jedną z najjaśniejszych gwiazd światowego liberalizmu, szoruje po dnie w sondażach. Niemal dekadę temu jego Partia Liberalna zdobywała pewną większość parlamentarną, a on wchodził na salony niczym mesjasz. Wszystko w tej historii się zgadzało. Dynastia polityczna, dziedzictwo ojca, też premiera, który rządem Kanady kierował dwukrotnie, łącznie przez 15 lat. Pierre Trudeau został zresztą zapamiętany jako polityk nie tylko skuteczny, ale także lubiany i bliski ludziom. Był rozpoznawalny na arenie międzynarodowej i cieszył się szacunkiem. Również dlatego, że zbliżył Kanadę do Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii, dwóch najważniejszych graczy świata anglosaskiego.

Trudeau junior wszedł więc na scenę po czerwonym dywanie. Trochę jako delfin, wieczny następca tronu, trochę jako niegrzeczny chłopiec, który w młodości lubił boksować, czasem też umazał sobie twarz na czarno dla żartu, co teraz, przy innych normach społecznych, uznawane jest za przejaw rasizmu. Ale Kanadyjczycy, jeszcze niedawno zakochani w Justinie, nie chcą go już widzieć na oczy. Posypała się jego osobista popularność, ale i fundamenty polityki, nie tylko tej uprawianej przez Partię Liberalną. Kanadyjskie społeczeństwo, dość powszechnie uznawane za granicą za spokojne, postępowe i przede wszystkim otwarte na imigrantów, przechodzi poważną transformację. Czy polityka za tym nadąży?

Odległe drugie miejsce

Liberałowie te wybory przegrają, jedynie cud mógłby ich uratować. Według sondaży z połowy listopada, publikowanych przez stację CBC News, poparcie dla Partii Konserwatywnej kierowanej przez Pierre’a Poilievre’a jest prawie dwa razy wyższe od ich notowań. Prawica może w tej chwili liczyć na 41,2% głosów kanadyjskich wyborców, co i tak nie jest rekordem w ostatnich miesiącach. Niekiedy słupek dochodził nawet do 42-43%.

Partia Liberalna wciąż znajduje się na drugim miejscu, ale jest ono bardzo odległe: 23,9% w sondażach i przeciętne perspektywy na przyszłość. Jakby tego było mało, pierwsze porażki już nadeszły. Wybory krajowe odbędą się najpóźniej 20 października 2025 r., ale w tym roku ekipa Trudeau parę razy huknęła o ziemię w głosowaniach uzupełniających, i to nie byle gdzie. Szczególnie dotkliwa była wrześniowa porażka w okręgu LaSalle-Émard-Verdun na przedmieściach Montrealu, jednym z najważniejszych bastionów ugrupowania Trudeau. W Kanadzie obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze, w związku z tym wyniki wyborów parlamentarnych na poziomie pojedynczych obszarów można w zasadzie interpretować jako wotum zaufania (bądź nieufności) dla aktualnego rządu. Na pierwszy rzut oka rezultaty nie były bardzo słabe, bo kandydatka liberałów Laura Palestini

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Kwestia sumienia

W Kanadzie Ukraińcy z 14. Dywizji Grenadierów Waffen SS Galizien i UPA znaleźli bezpieczną przystań 22 września br. w kanadyjskiej Izbie Gmin na uroczystym posiedzeniu z udziałem premiera Justina Trudeau i prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego spiker Izby Anthony Rota uhonorował 98-letniego Kanadyjczyka pochodzenia ukraińskiego, Jarosława Hunkę. Przedstawił go obecnym jako bojownika o wolność, a posłowie, premier oraz gość z Kijowa przywitali Hunkę owacją na stojąco. Kilka dni później The Centre for Israel and Jewish

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ekologia

Kanada – kraj wody

Kanadyjskie jeziora biją wiele rekordów Korespondencja z Toronto Najcenniejsza substancja na świecie, bez niej nie możemy istnieć. Moglibyśmy nie jeść nawet kilka tygodni, ale bez wody nie przetrwalibyśmy dłużej niż kilka dni. Wody na naszej planecie jest dużo – 71% powierzchni Ziemi, lecz ponad 96% to oceany. Czyli woda słona, nienadająca się do picia. Tej „dobrej” jest zaledwie 2,5%. Najwięcej – aż 61% – to lodowce i śniegi Antarktydy. A reszta? Niestety, rozkład wody na naszej planecie jest

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Oklaski dla SS Galizien

Incydent w parlamencie kanadyjskim powinien wreszcie skłonić zachodnich polityków do refleksji nad ukraińską polityką historyczną Prezydent Ukrainy przynosi ostatnio pecha nie tylko Andrzejowi Dudzie i Mateuszowi Morawieckiemu, którzy prowadzili wobec Kijowa politykę życzeniową, dążącą do ziszczenia optymistycznych celów wbrew realiom. 22 września Wołodymyr Zełenski złożył wizytę w parlamencie Kanady. Zakończyła się ona poważnym skandalem i kryzysem politycznym. W tle tego skandalu jest polityka historyczna Ukrainy, na którą dotychczas Zachód przymykał oko. Podczas

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zagranica

Własność słowa

Kanada zmusi gigantów technologicznych do płacenia dziennikarzom za ich treści, ale chodzi o wiele więcej niż prawa autorskie Tego wydarzenia nie wolno bagatelizować, bo rząd federalny w Ottawie wygrał, przynajmniej w sensie prawnym, bitwę, która miała być niemożliwa do wygrania. Przegłosowany 22 czerwca akt o formalnej sygnaturze C-18, popularnie nazywany ustawą o informacji cyfrowej, wymusza na platformach społecznościowych oraz operatorach wyszukiwarek internetowych opłaty za korzystanie z treści dziennikarskich. Na pierwszy rzut oka wydaje się to oczywiste, w końcu napisanie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.