Sam sobie złożę

Sam sobie złożę

Nie mam odwagi, polotu, dobrego pomysłu, tyle pewności siebie ani przekonania o własnej słuszności, żeby to robić innym: składać życzenia noworoczne (w innej wersji świąteczne). Mając wciąż ten przywilej pisania cotygodniowych felietonów, wykorzystam go w duchu wskazówek terapeutów, magów, kołczów i innych trenerów osobowości, proroków sukcesu niechybnego, czy zaleceń innych władnych organów – zajmę się sobą i sobie pożyczę, w znaczeniu złożę życzenia, bo na pożyczenie nawet samemu sobie mnie po prostu nie stać. I nie bardzo się zanosi.

Tak więc szczerze sobie życzę, żeby się zaniosło. Żebym zarabiał wystarczająco niewiele, aby zapłacić za to, za co trzeba, ale już nie za to, co może wpaść do głowy czy do niej zostać wsunięte. Żeby uwierzyć, że to, co mam – wystarczy. Żeby nie zarabiać ani trochę więcej ponad to, kiedy się pamięta, że ledwo, ledwo. Żeby nie sprawdzać kilkanaście razy dziennie, czy już przelali, żeby nie dzwonić, kiedy przeleją, ani nie pytać, dlaczego muszę znowu odesłać jakiś papier, to wtedy przeleją, ale dopiero w następnym miesiącu. Żeby się nie zastanawiać, dlaczego jak kupuję chleb, jadę autobusem, włączam telefon, to musi być zapłacone, a kiedy ja coś robię, to musi być poczekane.

Życzę sobie, żeby nie musieć być w sytuacji, w jakiej znaleźli się uczestnicy i uczestniczki czarnego protestu sprzed trzech lat w Poznaniu, którzy kiedy poszli złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień i bezzasadnym użyciu siły przez interweniującą policję, zostali natychmiast oskarżeni przez tę policję i sami znaleźli się w roli oskarżonych na sali sądowej, żeby w ostatnich tygodniach jeszcze dostać wyrok.

Życzę sobie dalszej nieobecności przekazów dnia mediów publicznych, szczególnie po lekturze tekstu wyrzuconego stamtąd pracownika ujawniającego skalę patologii politycznej, w myśl której ludzie tam działają (nie potrafię tego nazwać pracą dziennikarską) i zarabiają krocie. Życzę sobie znalezienia sposobu obserwowania „prac” tego parlamentu bez konieczności oglądania ich.

Życzę sobie, żebym w nadchodzących wyborach mógł oddać zgodnie z sumieniem i najlepszym możliwym rozeznaniem politycznym swój głos, który przyczyni się do zatrzymania surrealistycznej lokomotywy PiS, a równocześnie nie wprowadzi w to miejsce kogoś, kto nie bardzo się od tej formacji różni. Życzę sobie znajdować wciąż siłę do mówienia nie i nie ma zgody, kiedy trzeba to powiedzieć. Życzę sobie umieć wciąż na nowo opowiadać świat na tyle, na ile jest zrozumiały, i potrafić się przyznać, kiedy zrozumieniu się wymyka. Życzę sobie wciąż chcieć rozmawiać, bo zbyt często wydaje mi się, że nie ma to żadnego sensu, żadnego skutku, że milczenie i brak słów lepiej oddaje to, co mam do powiedzenia, co samo w sobie jest jednak dość paradoksalne.

Mam też dla siebie samego proste życzenia. Więcej czasu w lesie, najlepiej w starym, jeszcze lepiej puszczańskim. Wśród ogromnych, milczących, pomnikowych dębów, jodeł, modrzewi. Żeby spotykać i zauważać zwierzęta. Żeby umieć nazywać to, co rośnie, to, co jest naturą. Żeby słuchać ciszy godzinami. Żeby więcej biegać, pływać, jeździć na rowerze. Żeby intensywniej chodzić. Żeby czytać to, co czytania warte (wystarczy mi sięgnąć po lektury w zasięgu moich ramion). Żeby zaprzyjaźniać się z tekstami i ich autorami, których żywot nie jest clickbaitowy. Żeby wciąż, albo wyraźnie lepiej, oddychać. Żeby padał deszcz. Żeby padał śnieg. Żeby rzeki nie wylewały. Żeby się zmieniły źródła pozyskiwania energii, żeby Polska zzieleniała. Żeby przestali już ciąć te drzewa: i te stare, i te przydrożne, i te miejskie. Żeby zachować zdolność do zdziwienia i zachwytu. Żeby nie wyjechać na emigrację wewnętrzną za daleko. Żeby odróżniać istotne i realne od ich zaprzeczeń. Żeby się uśmiechać, a nie rżeć. Żeby patrzeć o każdej porze dnia. Żeby dobrze śpiąc, pięknie śnić. Żeby być dobrym dla siebie. Żeby nie znikać. Żeby miarkować słowa. Ale także potrafić ich używać znacząco albo łagodnie, z mocą albo humorem. Żeby się nie odwracać. Żeby zauważać i żeby chcieć.

Żeby chcieć tego, co możliwe i osiągalne, choć niemal wszystko, co powyżej, takie się nie wydaje. Żeby dni niosły swoją opowieść tak, jakbyśmy czytali życie. Żeby walka nie była koniecznością i jedynym wyborem. Żeby nie zapomnieć, że są inni, którzy cierpią głód, poniżenie, pozbawienie wolności, których dotykają wojny, przemoc, gwałty. Żeby o nich pamiętać i mówić, krzyczeć, jeśli trzeba. Żeby nie zapaść się w osobność. Żeby cieszyć się tym, czym się da. No, sporo mi się nazbierało.

Państwu też życzę dobrze.

Wydanie: 1/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: życzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy