Zabawy z mamoną

Pora pomówić o czymś zabawnym. Na przykład o cudzych pieniądzach. Zachęcają do tego politycy wszystkich orientacji, którzy samorzutnie – bo nie istnieje taki obowiązek – ujawniać poczęli wyborcom stan swego posiadania i swoich rachunków bankowych. Kłopot jednak, którego nie wzięli pod uwagę zwolennicy szczerości majątkowej – a o czym rozdyskutowała się prasa – polega na tym, że nie bardzo wiadomo, co właściwie powinien starać się udowodnić swoim wyborcom polityk? Czy, że jest biedny, czy też, że jest bogaty? Gołodupcem, czy krezusem?

Mój ojciec opowiadał mi kiedyś, jak przed wojną podczas jakiegoś przesilenia rządowego udał się do fryzjera i zastał swego golibrodę w stanie silnego przygnębienia. Gdy zapytał go jednak, czy by on aż tak przywiązany do upadłego właśnie gabinetu, fryzjer zaprzeczył stanowczo, mówiąc: – Rzecz w tym, proszę pana, że tamci się już nakradli, a ci zaczną wszystko od początku, naszym kosztem… Niedawno w którejś z gazet przeczytałem list czytelnika, który, rozczarowany sumami, jakie wykazują na swoich kontach bankowych znani politycy, pisze, że muszą to być ludzie niegospodarni i rozrzutni, skoro, zarabiając całkiem przyzwoicie, zdołali tak niewiele zaoszczędzić. Jak widać więc, ubóstwo polityków nie wszystkim imponuje, nie brak też ludzi, którzy uważają, ż polityk jako tako wyposażony może być mniej podatny na korupcję i łapownictwo niż taki, któremu trzęsą się ręce do każdej złotówki. Nie mówiąc już o tym, że polityk zamożny mniej kurczowo trzyma się swojej posady niż ten, na którego po odejściu z urzędu oczekuje zupa Kuronia-ojca, zamiast schabów Kuronia-syna.

Z drugiej jednak strony, zbyt wybujałe oszczędności osób publicznych budzą emocje opinii, podobne tym, jakie majątek prezydenta Piskorskiego wywołuje u red. Jacka Żakowskiego, który domaga się od prezydenta Warszawy ujawnienia PIT-ów, a także wyciągów z biura maklerskiego, w którym p. Piskorski w krótkim czasie zarobił ponoć swoje krocie. Wiąże się to z tym, o czym pisałem, tu już kiedyś, a więc że w kraju, który niedawno jeszcze był biedny i egalitarny, a teraz dzieli się na masę bardzo biednych i garstkę bardzo bogatych, pojawienie się każdej fortuny, nie tylko wśród polityków, budzi uzasadnione podejrzenia, że kryje się za tym jakiś przekręt. Żyjemy jednak w okresie wtórnej akumulacji pierwotnej i dopiero za ładnych parę lat zdobyte teraz majątki staną się dostojne i czcigodne, tak jak stały się nimi majątki raubritterów, z których wyłoniła się europejska arystokracja, albo majątki przemytników alkoholu i spekulantów kolejowych, z których wyłoniła się najszacowniejsza plutokracja amerykańska.

Inna rzecz, że – wracając do szczerości finansowej polityków – sumy wykazywane przez nich na kontach, a także wykazy posiadanych nieruchomości mają bardzo niewiele wspólnego z ich rzeczywistymi dochodami i poziomem życia ich rodzin. Polityk sprawujący urząd wcale nie musi dużo zarabiać , aby życie słało mu się różami. Adolf Hitler na przykład pobierał jako kanclerz III Rzeszy i wódz narodu bardzo skromne uposażenie, miał jednak znaczne dochody jako autor „Mein Kampf”, którą to książkę każdy Niemiec musiał mieć w domu, a nowożeńcy kupowali ją obowiązkowo. Podobnie nie słyszy się, aby Józef Stalin – który miał zresztą w życiu osobistym gusta spartańskie, nawet na ścianie jego sypialni, jak mówią świadkowie, zamiast obrazu wisiała reprodukcja wycięta z pisma „Ogoniok” – pobierał jakiekolwiek pieniądze, natomiast „żył w komunizmie” i wszystkie jego potrzeby, mieszkanie, wikt, opierunek itd. pokrywało państwo. Podobny zresztą przywilej „życia w komunizmie” otrzymywali wybrani dygnitarze, artyści czy uczeni, na przykład mieszkańcy Bajkonuru, słynnego ośrodka atomowego i kosmicznego

Nasi dygnitarze nie żyją w komunizmie, ponieważ ten upadł, ale sprawując wysokie funkcje, też mają z głowy sporo wydatków, jakie ponoszą zwykli śmiertelnicy, takie np. jak benzyna, wszelkie formy opieki lekarskiej, najrozmaitsze wyprawy zagraniczne i wszystkie związane z tym koszty (w czym, jak się słyszy, absolutne mistrzostwo Polski wszechczasów ustanowiła pani marszałek Grześkowiak), niektóre koszty mieszkaniowe i sporo kosztów żywieniowych oraz propinacyjnych. Ulubionym zajęciem ministrów finansów (od przedwojnia zresztą, przeciwko czemu protestował już Boy- Żeleński) jest bezskuteczne jak dotąd, na szczęście, dobieranie się do tzw. autorskich „kosztów uzysku”, a więc zniżki podatkowej, którą wywalczyli sobie pisarze i artyści, ponieważ pracują w domu i sami finansują swój warsztat pracy. Otóż z tego punktu widzenia, najlichszy nawet dygnitarz jest krezusem w porównaniu z takim Miłoszem czy Szymborską, którzy sami muszą płacić za swoje gabinety, telefony, komputery, listy, papiery, biurka, krzesła, nie mówiąc o książkach, które kupują, kawach, które piją czy sekretarkach lub maszynistkach, które muszą zatrudniać. Nie twierdzę, że podobne świadczenia należy odebrać politykom, dygnitarzom czy posłom – którym państwo finansuje ich biura poselskie – ale twierdzę, że to, ile mają na koncie lub w materacu, niewiele ma wspólnego z ich autentycznymi  finansami.

Zabawa w pokazywanie kont czy mieszkań, względnie domów i samochodów, jest więc zabawą miłą, ale pozorną. Jej źródłem jest drzemiące w każdym z nas podejrzenie, że politycy kradną, skoro mają tak wiele okazji. Niemal codziennie czytam w gazetach, że państwo straciło na czymś – na przykład na WSI, czyli wywiadzie wojskowym („NIE”, nr 31/2001) – a to 100, a to 50 milionów dolarów, a jeśli ktoś stracił, to przecież ktoś musiał zyskać, ponieważ nic w naturze nie ginie.

Włosy podnoszą się od tego na głowie, ale informacji, w czyich kieszeniach wylądowały te pieniądze, nie przeczytamy w Internecie. Politycy zaś, jeśli któryś z nich ma z tym coś wspólnego, ujawniają to może na spowiedzi – w co zresztą wątpię nawet w odniesieniu do tych najbardziej nabożnych – najpewniej zaś dopiero na Sądzie Ostatecznym. Czyli dużo za późno.

Wydanie: 33/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy