Wyrok na komendę

Wyrok na komendę

Ujawnione niedawno kulisy skazania niewinnego człowieka, niejakiego Tomasza Komendy, który spędził w kryminale 18 lat, są niezwykle pouczające, choć wątpię, aby wyciągnięto z tego jakieś ogólniejsze wnioski. Jak wynika z badań, w procesach poszlakowych w najpoważniejszych sprawach, takich jak zabójstwo, skazywani są równie często winni, jak i niewinni.

Problem pomyłek sądowych, których ofiarą padają niewinne osoby, nigdy u nas nie zajmował jakoś szczególnie nie tylko opinii publicznej, ale nawet świata nauki, a już najmniej ludzi odpowiedzialnych za wymiar sprawiedliwości. W sprawie pomyłki polegającej na skazaniu niewinnego Komendy wszczęto śledztwo. Być może ujawni ono przekroczenie uprawnień przez policjantów lub prokuratorów. Być może jakiś policjant lub prokurator zostanie ukarany, choć bardzo w to wątpię, choćby tylko z uwagi na terminy przedawnienia. Być może zostanie obnażona bezmyślność i łatwowierność sądu, który bezkrytycznie łykał dowody zaprezentowane przez oskarżenie. Z całą pewnością za to minister Ziobro będzie próbował wykorzystać tę sprawę jako argument za dalszym upolitycznianiem sądów i pozbawianiem ich niezależności, a sędziów niezawisłości. Rzecz w tym, że upolitycznione sądy, zależne od władzy wykonawczej, nie tylko dalej będą „przez pomyłkę” skazywać także niewinnych ludzi, ale również na polecenie skazywać będą ludzi niekoniecznie winnych. Ale na pewno władzy niemiłych.

W USA problematyce pomyłek sądowych poświęcono dziesiątki badań naukowych, wychodzą dwa czasopisma dotyczące wyłącznie tej tematyki. Każdą ujawnioną pomyłkę sądową analizuje specjalna komórka w Departamencie Sprawiedliwości. Wszystko po to, by w przyszłości takich pomyłek uniknąć. By ich liczbę zminimalizować. Jak wynika z amerykańskich badań, mimo takiej uwagi poświęcanej pomyłkom sądowym i tak co najmniej 5% amerykańskich więźniów siedzi niewinnie.

U nas problematyce pomyłek sądowych prawie nie poświęca się uwagi. Wyjątkiem jest program „Niewinni” Fundacji Helsińskiej czy raport Forum Obywatelskiego Rozwoju, którym wymiar sprawiedliwości, nie mówiąc już o ministerstwie tej nazwy używającym, w ogóle nie był zainteresowany. Można więc zasadnie podejrzewać, że procent skazanych „przez pomyłkę” jest znacznie większy niż w USA. Zważywszy na liczbę ludzi przebywających w więzieniach (ok. 80 tys.), nawet te 5% to bardzo dużo. Ci ludzie nie tylko siedzą niewinnie. Co gorsza, zostali skrzywdzeni przez państwo w pełnym majestacie prawa! Pamiętać trzeba, że wyroki wydawane są u nas „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej”.

Skąd się biorą pomyłki sądowe? Można powiedzieć, że one zawsze będą, bo sądzą i wyroki wydają ludzie, a ludzie są przecież omylni. Rzecz w tym, by tych pomyłek było jak najmniej. Co zrobiono, aby zminimalizować ich liczbę? Tak naprawdę – nic. Każdy wyrok opiera się na jakichś dowodach. Z badań naukowych wiemy, że najbardziej do pomyłek przyczyniają się zeznania świadków koronnych i tzw. małych świadków koronnych, którzy w zamian za oferowane im (legalnie!) korzyści obciążają zeznaniami innych (niekoniecznie winnych). Częstym źródłem pomyłek sądowych są błędne rozpoznania w ramach okazania. Z badań wynika, że sporo ponad 20% takich rozpoznań jest błędnych. Dalej, w kolejności, przyczynami pomyłek są błędne opinie biegłych, których wartości sąd nie potrafi często krytycznie ocenić. Nie potrafi, bo albo nie ma stosownej wiedzy, albo brakuje mu doświadczenia życiowego, albo z lenistwa, bo łatwiej bezkrytycznie przyjąć ustalenia i oceny biegłego, niż dokładnie przeanalizować opinię biegłego w świetle zasad wiedzy i doświadczenia życiowego. Dla wielu sędziów już sam fakt istnienia aktu oskarżenia jest najpoważniejszym dowodem, że przestępstwo zostało popełnione, a jego sprawstwo przypisano właściwej osobie.

To domniemanie sądów bywa jednak zawodne. Sądy na ogół nie wierzą (bardzo nie chcą wierzyć), że zeznania mogą być wymuszone biciem, szantażem, aresztem wydobywczym. Sądy nie wiedzą (bardzo nie chcą wiedzieć), że świadkami i samymi oskarżonymi można skutecznie manipulować za pomocą tajnych, przed sądem nieujawnionych czynności operacyjno-rozpoznawczych. Na przykład z pomocą konfidentów, którzy zeznają przed sądem jako świadkowie po uzgodnieniu treści zeznania z oficerem prowadzącym. Nieraz robione jest to prymitywnie i nachalnie i sąd musi włożyć niemało trudu w niedostrzeżenie tego.

Jeśli władza wykonawcza, której podlegają organy ścigania, chce zrobić z kogoś przestępcę, policja i prokuratura bez trudu potrafią postawić mu zarzuty i przeprowadzić (czasem stworzyć, czasem tylko zainspirować) dowody je wspierające. Jest niemal oczywiste, że sąd wyda wyrok skazujący. Swego czasu prokuratura sama się chwaliła, że 98% aktów oskarżenia kończy się przed sądem skazaniem, a tylko ok. 2% uniewinnieniem. Miało to świadczyć o dobrej pracy prokuratury. Równie dobrze może świadczyć o złej pracy sądów. Można zaryzykować twierdzenie, że wyroki skazujące wydawane są na komendę. Takim wyrokiem był, zdaje się, wyrok na Tomasza Komendę.

Nie wierzę jednak, by analiza tej sprawy dała decydentom pretekst do rozważenia, czy w skazywaniu ludzi nie ujawnia się jednak jakaś poważniejsza wada systemu, którą jak najprędzej trzeba zlokalizować i usunąć. Nic zresztą nie wskazuje na to, by komukolwiek odpowiedzialnemu za wymiar sprawiedliwości na tym zależało.

Wydanie: 23/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 czerwca, 2018, 19:24

    Panie Janie. Wczoraj mój mąż zostal skazany na dwa lata z pomówienia na 2 lata bez żadnych dowodów, to znaczy sad apelacyjny tylko to zaklepal bo nie wierze ze czytal akta. Tak jak państwo mnie skrzywdzilo nikt nigdy mnie nie skrzywdzil. Moj caly swiat sie zawalil. Nie wierze w zadna sprawiedliwosc.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy