Drapieżniki

Drapieżniki

Opozycja martwi mnie nie tylko dlatego, że jej przywódcy kłócą się i nie potrafią sformułować klarownej myśli, jaka jest ich polityka, jaki mają pomysł na Polskę, jaką wizję. Jakby cały wysiłek i energia szły na krytykę PiS. Rozumiem, że PiS robi swoją rewolucję tak szybko i brutalnie, że nie wolno tego zostawiać bez komentarza. Dramatycznie to wygląda, bo nawet jeśli mimo manipulacji pisowcy przegrają wybory, Polska będzie przez nich okaleczona. Zresztą nie znikną, jako opozycja też będą zatruwać nasze życie społeczne. Pogłoski o ciężkiej chorobie prezesa mogą być życzeniowe, ale faktem jest, że jak prezesa zabraknie, PiS się rozsypie. (PO jakoś bez Tuska żyje, chociaż kiepsko). Dlatego prezes musi być zdrowy.

Mroczna i głęboka cisza zapadła na temat katastrofy smoleńskiej, ale czułe ucho słyszy, jak mózgi „wybitnych” specjalistów pracują, by stworzyć pozory, że pracują. I jaka cisza zaległa nad nieszczęsnymi zwłokami „poległych” w katastrofie, wyciągniętymi z grobów, by stwierdzić, że są ślady wybuchu. Powinno to budzić niepokój wyznawców religii smoleńskiej. Ale radiomaryjny naród jest cierpliwy i, jak widać, ufny bez granic. Jeżeli prezes i ojciec dyrektor zarządzą, że w sobotę mają chodzić na czworakach, spełnią to życzenie. Już widzę Sasina i Czarneckiego, dwóch czołowych wazeliniarzy pisowskich, jak przekonują, że chodzenie na czworakach ma głęboki sens ekonomiczny i moralny. Absurd ma licznych obrońców, część bezkrytycznie wierzy, wielu to cynicy, którzy po jakimś czasie zaczynają wierzyć, nie wierząc. Tak było w czasach stalinowskich.

Kilka dni temu Antoś zareagował na słowo seks, śmiejąc się i robiąc miny. Pytany, co to jest seks, nie chciał powiedzieć, w końcu przekazał nam swoją wiedzę: to jak chłopak i dziewczyna idą na goło do łóżka i tam się seksują. Jakby w oderwaniu od istoty sprawy mówił coś o ruchaniu (wyjątkowo obrzydliwe słowo) i pokazał, jak to się robi. Wspomniał też o plemnikach, tych plemników wstydził się najbardziej. Okazuje się, że tę wiedzę ma od Kacpra. To kolega z klasy, geniusz naukowy, naprawdę geniusz. Ale tu Kacper nie ma głębokiej wiedzy, jak choćby z biochemii czy geologii. Uznałem więc, że nadszedł czas, żeby Antosia uświadomić. Nie wiedziałem, że to będzie dla mnie tak kłopotliwe, że będzie się wił jak piskorz, prosił, by nie mówić, i wymykał mi się. Kiedy tak się próbuje „to” wytłumaczyć dziecku, okazuje się, że nie mamy odpowiedniego języka. Tego nie uczy polska szkoła, bo wstyd. A dzieci i tak wszystkiego się dowiedzą od rówieśników i z internetu, ale pokracznie. Kiedy wpisuję w Google „seks”, najpierw wyskakuje mi „seks oralny”. Dlatego dzisiaj uświadomienie seksualne powinno się zaczynać najpóźniej pod koniec przedszkola, właśnie po to, by nie deprawować dzieci złą wiedzą. Ale nic z tego. Wydaje mi się czasami, że spora część obłędu prawicy ma u źródła jakiś uraz seksualny.

Kiedy słucham i oglądam Donalda Trumpa, nie opuszcza mnie poczucie komizmu całej tej sytuacji, komizmu globalnego. Oczywiście z takim komizmem nie ma żartów. Z drugiej strony rozumiem, że mieszkańcom Stanów nie jest do śmiechu, jak nam z powodu prezesa, chociaż tu też jest element komiczny. Uderza przy wszystkich różnicach podobieństwo mechanizmu psychologicznego w Stanach i w Polsce. Ten bunt odtrąconych, przywracanie im dumy, retoryka narodowa, zapowiedź rozprawy z elitami. Prezydent w Stanach ma ogromną władzę. Jest jednak bardziej skrępowany w swoim działaniu niż prezes Kaczyński, który choć tylko poseł, trzyma sznurki swoich marionetek. Powiedzmy też o różnicach. Kaczyński unika kobiet, Trump wprost przeciwnie. Trump się rozmnożył, prezes z oczywistych powodów nie. Dlatego Trump mimo wszystko wydaje się bardziej ludzki, dzieci i słabości erotyczne uczłowieczają człowieka. Trump jest narcyzem ekstrawertycznym, Kaczyński introwertycznym. Obaj są notorycznymi manipulantami i lubią nie mówić prawdy – to delikatne określenie. Nigdy się nie mylą. Mają taką samą pogardę dla prawdy i dla prawa.

Kiedy słucham Orbána, Trumpa, Kaczyńskiego, mam poczucie, że po próbie odejścia od plemiennego widzenia narodu znowu tam wracamy. To nie wróży niczego dobrego ani światu, ani nam. Narodowe egoizmy najpierw wspierają się nawzajem, potem zaczynają toczyć ze sobą wojny, jak to drapieżniki, czasami łącząc się w stada. Orbán, idol Kaczyńskiego, chce bliskości z Rosją, a dla nas to główny wróg. To już teraz nie trzyma się kupy. Przerabialiśmy wojny plemienne nie tylko w XX w. Teraz będzie się to dziać z arsenałami atomowymi.

Koniec świata jest w zasięgu ręki. Myślałem o tym, gdy wiozłem Antosia na zajęcia; zachodziło słońce, wielkie, pomarańczowe. Niepotrzebnie mówiłem mu, że nie jest poczciwe jak na rysunkach dzieci, że to okrutna, płonąca gwiazda – co za paradoks, że dzięki niej żyjemy.

Wydanie: 5/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy