Wakacyjne refleksje

Wakacyjne refleksje

Mała wieś w górach. Samotnie mieszkająca stara kobieta od kilku dni nie wychodzi z domu. Nikt jej nie widział, a pies na łańcuchu wyje z głodu. Wreszcie ktoś się zainteresował. Nieprzytomna kobieta leży na podłodze. Jeszcze żyje. Pogotowie zabiera ją do szpitala. Nikt nie ma wątpliwości, że do domu już nie wróci. Zjawia się rodzina. Zabiera krowę i kury. Pewnie też to i owo z wnętrza domu. Zostaje pies na łańcuchu przy budzie. Psem rodzina nie jest zainteresowana. Niech zdycha z głodu. Jaj przecież nie zniesie, mleka nie da. Wie o tym cała wieś, wie i ksiądz proboszcz. Nie widzą w tym nic dziwnego ani tym bardziej złego. Lud polski, katolicki jest praktyczny. No i nabożny. Ktoś powie, że okrutny i chciwy. Kto tak może powiedzieć? Jakiś wróg ludu polskiego, anty-Polak niemieszczący się w polskiej kulturze (jak mawia ostatnio prezes). No tak, jeśli założyć, że kulturę tę reprezentują ci, co nie widzą niczego złego w skazaniu na śmierć głodową psa na łańcuchu.
Ksiądz proboszcz ma poważniejsze problemy. Musi swoje owieczki przestrzec przed gender, liberalizmem i innymi zagrożeniami, które czają się za płotem. To, że za najbliższym płotem zdycha pies, niewiele go obchodzi. Pewnie nawet nie przychodzi mu do głowy, że postawa wobec psa jest wyrazem czegoś szerszego – okrucieństwa, znieczulicy, elementarnego braku miłosierdzia. No i ma ksiądz proboszcz też problemy praktyczne. Właśnie postanowił postawić latarnie przy alejce prowadzącej od głównej drogi na cmentarz. Wprawdzie wieczorami i tak nikt tamtędy nie chodzi, ale z latarniami nawet w dzień będzie ładniej. Więc każde kazanie, gdy już powie o gender, liberalizmie i innych plagach, kończy apelem o ofiarność na te latarnie.
Czepiam się biednego wiejskiego proboszcza. Tymczasem na tle ks. Międlara on i tak wypada wyjątkowo przyzwoicie. Zresztą, co tam jakiś pojedynczy pies. Wystarczy przejść po górskich wioskach, aby zobaczyć psy na łańcuchach. Czasem metrowej długości. Wprawdzie pod wpływem jakichś lewaków (zapewne też wegetarian i cyklistów) uchwalono kiedyś ustawę o ochronie zwierząt, która określa minimalną długość łańcucha na trzy metry i nie zezwala na trzymanie na nim psa bez przerwy dłużej niż 12 godzin, ale kto by tym się przejmował. To zresztą niezgodne z polską tradycją i kulturą. Być może dlatego władze gmin, którym ustawa nakazuje egzekwowanie postanowień ustawy, mają to w nosie. Nie chcą też zapewne drażnić swojego „suwerena”, mając na uwadze następne wybory. Nic więc dziwnego, że ustawa o ochronie zwierząt jest w dużej części martwa. Złośliwi mówią, że zostanie uchylona, a na jej miejsce zostanie uchwalona nowa: o ochronie pamięci kota. „Pierwszego kota Rzeczypospolitej”, który wypchany po śmierci zostanie wystawiony w Muzeum Narodowym lub Muzeum Wojska Polskiego, gdzie wycieczki szkolne i członkowie pewnej partii będą mogli go podziwiać i oddawać mu hołd.
Ta sama ustawa stanowi, że „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”. Czy podobnie uważają nauczyciele, proboszczowie i władze gmin? Nie sądzę. W każdym razie nic na to nie wskazuje. Proboszczowie teoretycznie mają łatwiej. Jeśli nie chcą odwoływać się do podejrzanej lewackiej ustawy, mogliby odwołać się do św. Franciszka z Asyżu. Wyszłoby na to samo. Ale, po pierwsze, trzeba by to wiedzieć, po drugie, trzeba by chcieć. No i przede wszystkim trzeba by czuć taką potrzebę.
Dużo się mówi o złym wpływie na dzieci gier komputerowych i telewizji. Podobno uczą one okrucieństwa. Czy naprawdę bardziej niż codzienna praktyka, gdy dzieci uczestniczą w uboju owcy, kury albo gdy zleca się im topienie lub zabijanie patykiem („po nosie, albo w kręgosłup przy wyprostowanych łapach”) małych kociąt lub szczeniąt? Gdy na ich oczach starsi okrutnie i bezmyślnie traktują zwierzęta? Gdy jest to codzienność.
Chodząc po górskich wioskach, wciąż jeszcze można natknąć się na śmieci wyrzucone do lasu lub pobliskiego potoku. Mimo że gminy dawno już zorganizowały wywóz segregowanych śmieci, ich wyrzucanie do lasu lub potoku nadal jest kuszące. Po pierwsze, nic się za to nie płaci, po drugie, to zgodne z tradycją. Zawsze tak robiono. Tyle że i śmieci było mniej, i nie było nierozkładających się przez dziesięciolecia plastików. Oprócz śmieci turysta może natknąć się w czasie górskiej wędrówki na mocno kontrastującą ze świeżym powietrzem woń dymu, ale nie z płonącej w bacówce watry, lecz z domowego komina. Woń palonych plastików i skórnych odpadów.
Ochrona środowiska wciąż nie jest naszą najmocniejszą stroną. Władze gmin nie widzą w tym wykroczenia przeciw prawu, a proboszczowie grzechu.
Ale nie popadajmy w malkontenctwo. Domy wiejskie wyglądają dziś zupełnie inaczej niż przed 20-30 laty. Są nowe, kolorowe, wszędzie widać skrzynki z kwiatami na parapetach i balkonach. Prawie przed każdym domem stoi samochód. Nawet największy pesymista musi przyznać, że poziom życia –  także na wsi – w ostatnich latach podniósł się znacznie. Polska wcale nie wygląda na będącą w ruinie. No, chyba że ktoś wierzy, że ten wzrost dokonał się dopiero w czasie ostatnich miesięcy, za rządów PiS.

Wydanie: 2016 34/2016

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy