Cywilna kontrola

Cywilna kontrola

Publiczna wypowiedź dowódcy Sił Lądowych, gen. Waldemara Skrzypczaka, w której krytycznie wypowiedział się o ministerialnych biurokratach, którzy nie wiedzą, czego wojsku potrzeba, i nie słuchają wojskowych, rozpętała burzę.
Cały problem polega jednak na tym, że wprawdzie generał nie powinien powiedzieć tego, co powiedział, ale mówiąc, zdaje się, niestety miał rację. Jakie będą konsekwencje? Generał wyleciał, ale problemy zostaną. Strona formalna znów wzięła górę nad meritum. Generał wyleciał, ale nasi żołnierze w Afganistanie zostaną nadal bez helikopterów, bez odpowiedniej liczby wymaganych w tych warunkach wozów bojowych i innego sprzętu, którego bezskutecznie się domagają.
Przy tej okazji nie sposób nie zastanowić się nad tym, na czym polega cywilna kontrola nad wojskiem, jakie obowiązki z niej wypływają dla wojskowych, a jakie dla tych, którzy tę cywilną kontrolę sprawują, boć przecież i oni jakieś obowiązki chyba mają i do ich wypełnienia też muszą mieć jakieś kwalifikacje. Trzeba też sobie zadać pytanie, czym ta cywilna kontrola faktycznie jest.
Państwa demokratyczne po II wojnie światowej wprowadziły jako zasadę cywilną kontrolę nad wojskiem. Za ojca tej zasady uchodzić może francuski mąż stanu Georges Clemenceau, autor powiedzenia „Wojna jest zbyt poważną sprawą, by powierzać ją wojskowym”. Była to jego refleksja po I wojnie światowej. W tym haśle „cywilna kontrola” zakodowana jest pewna filozofia. Wojsko nie jest żadnym samodzielnym podmiotem na scenie politycznej. Wojsko ma wykonywać zadania, jakie wyznaczą mu demokratycznie wybrane władze państwowe. To one decydują o liczebności wojska, o jego budżecie etc. To one wyznaczają mu zadania i z wykonania tych zadań go rozliczają. Zasada ta jest mocno przeciwna polskim tradycjom zarówno I, jak i II Rzeczypospolitej, a nawet tradycji z czasów PRL.
W I Rzeczypospolitej władza hetmanów równała się niemal królewskiej. Nawet August II żartował, że gdyby wiedział, jaka jest w Polsce pozycja hetmana, nie ubiegałby się o tron polski, ale o hetmaństwo. W II Rzeczypospolitej generalny inspektor Sił Zbrojnych był oficjalnie, konstytucyjnie drugą osobą w państwie, zaraz po prezydencie.
W czasach PRL, podobnie jak w ZSRR, na czele wojska stał minister obrony narodowej, z zasady najstarszy stopniem generał, który z klucza zasiadał w najwyższych gremiach politycznych, czyli w Komitecie Centralnym partii i w jej Biurze Politycznym. Był więc taki minister nie tylko wykonawcą polityki, lecz także aktywnym jej współtwórcą (oczywiście, w granicach, jakie zakreśliła Moskwa i wspólne dowództwo Układu Warszawskiego).
Podobnie jak z wojskiem jest też z policją i wszystkimi innymi służbami ochrony porządku, bezpieczeństwa i granic, w tym także ze służbami specjalnymi. One także w demokratycznych państwach poddane są cywilnej kontroli.
O ile relacje wojsko-cywilne ministerstwa, jak widać, nie są najlepsze, czego dowodzi całe zamieszanie z gen. Skrzypczakiem, to z cywilną kontrolą nad służbami specjalnymi jest jeszcze gorzej. Szczerze mówiąc, tak naprawdę tej kontroli nikt nawet nie próbuje wykonywać. Służby specjalne same wynajdują sobie zadania, same z tych zadań się rozliczają, same definiują, co jest „interesem służb”, który to interes okazuje się nie zawsze zgodny z interesem państwa. Co więcej, służby specjalne od początku III RP były wciągane do polityki, a niejednokrotnie ujawniały same swoje polityczne ambicje. Służb specjalnych mamy mnogość niesłychaną, aż dziewięć różnych służb może nas, obywateli, podsłuchiwać, podglądać, czytać naszą korespondencję, czyniąc to wszystko pod iluzoryczną tylko kontrolą sądu. Mogą bezkarnie te sądy wprowadzać przy tym w błąd, wyłudzając zgody na podsłuchy. Tak było, gdy świadomie (i bezkarnie!) wyłudzono od sądu zgodę na podsłuchiwanie wicepremiera Leppera (cokolwiek by o nim sądzić, jednak ówczesnego wicepremiera) czy ministra Janusza Kaczmarka, podając sądowi, że są to numery NN osób. Udział służb specjalnych przy obaleniu premiera Oleksego (UOP) czy wspomnianego wicepremiera Leppera (CBA) był ewidentny. A w ilu drobniejszych intrygach politycznych uczestniczyły służby w ciągu ostatnich 20 lat?
Służby specjalne teoretycznie nadzoruje premier. To jemu bezpośrednio podlegają szefowie ABW, CBA i Agencji Wywiadu. Czy premier ma czas, a zwłaszcza merytoryczne kompetencje do bezpośredniego nadzoru nad służbami? Co więcej, to właśnie premier Tusk odpowiadając na postulat odwołania upolitycznionego PiS-owskiego szefostwa CBA, ujawnił swoją filozofię służb i demokratycznego ładu, mówiąc, że PiS ma CBA, za to oni, czyli rząd i Platforma, mają ABW! Dla pana premiera zatem to, że służby są upolitycznione, związane z określonymi partiami, to coś zupełnie normalnego. Jeśli to jest dla najwyższego nadzorcy i kontrolera służb normalne, to na czym ma polegać w ogóle ta kontrola nad służbami?
Jeśli niewinna w sumie wypowiedź popularnego generała została uznana niemal za wypowiedzenie posłuszeństwa cywilnym przełożonym i tym samym za zamach na demokrację, to czym dopiero jest jawne udzielanie się w polityce specsłużb? I na czym polega cywilna kontrola nad tymi służbami? Brak tej kontroli jest dla polskiej demokracji po stokroć bardziej niebezpieczny niż ględzenie jakiegoś generała, któremu nie podobają się ministerialni biurokraci i od których domaga się, by bardziej słuchali wojskowych, decydując o zakupach sprzętu. Rzeczywiście, swą wypowiedzią bliski był gen. Skrzypczak wywołania rokoszu!
Tak czy owak, generała wywalono, demokracja została uratowana. Specsłużby mają się dobrze, z cywilną kontrolą nikt im się nie naprzykrza, to i buntować się nie muszą.

Wydanie: 34/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy