Gdzie dobro, gdzie zło, gdzie państwo?

Gdzie dobro, gdzie zło, gdzie państwo?

Niektórzy profesorowie utyskują nad obniżeniem się poziomu nauczania prawa na wyższych uczelniach. Co to będzie, gdy studiujący obecnie obejmą stanowiska sędziów i prokuratorów! Jeśli chodzi o adwokatów, to mówi się, że w Polsce różnica między dobrymi a nieudolnymi nie ma wielkiego praktycznego znaczenia, ponieważ sędziowie nie bardzo wsłuchują się w argumenty. Ulegają temu, co głoszą media. Telewizja, oczywiście, nie daje wskazówek w każdej sprawie sądowej, zapadają więc wielokrotnie wyroki przemyślane, ale tam, gdzie się wypowie, wyrok przynajmniej w jednej instancji jest przesądzony. Czy tak się dzieje często, czy tylko niekiedy, tego nie wiem, ale kilka przypadków potwierdzających tę opinię każdy potrafi przytoczyć. Najbardziej znaną ofiarą takiego ustawienia sądów jest Lew Rywin. Gdy jest okazja, zawsze pytam, na czym polegała afera Rywina, i do tej pory nikt mi na to zrozumiale nie odpowiedział. Wiadomo tylko tyle, że ten producent filmowy chciał od przyjaciół 17 milionów, a oni mu nie dali. Dziennikarze upierają się przy zasadzie, że za same słowa nie powinno się karać więzieniem, ale Lwa Rywina spod tej zasady wyłączają. Rozumowanie można poprowadzić w innym kierunku i twierdzić, że nie ten, kto o coś prosi, jest winien, lecz ten, co ma, a nie chce dać. Gdyby media głosiły ten pogląd z taką jednomyślnością i furią, jak potępiały Rywina, problemy sądowe mieliby Wanda Rapaczyńska i Adam Michnik. Mówią, że posiadanie telewizji jest nieużyteczne do wygrywania wyborów. Możliwe, ale pamiętajmy, z kim czy z czym mamy do czynienia: Opatrzność nigdy nie zajmowała się demokratycznymi wyborami, do niej zawsze należało wydawanie wyroków, komu należy się szczęście, a komu nieszczęście.
Marcin Rywin jest porządnym człowiekiem i dobrym synem. Chciał dostępnymi sobie środkami pomóc ojcu wyjść z więzienia. Spełnił nakaz moralny, a czwarte przykazanie wydaje mi się ważniejsze niż niektóre inne. Czy nie należy go za to szanować? Gdyby nawet w jego sprawie zapadł wyrok skazujący, co mi się wydaje nieprawdopodobne i w co nie wierzę, nikt mu nie odbierze opinii dobrego człowieka, dobrego syna, który zaryzykował utratę swojej wolności, aby spełnić czwarte przykazanie dekalogu. Kto świadczy przeciw niemu? Konrad T., jak podaje „Gazeta Wyborcza”, „notoryczny oszust, pośrednik między gangsterami, (…) dziś świadek koronny”. Odnotowany ostatnio spadek przestępczości jest prawdopodobnie pozorny i wiąże się z tym, że kryminaliści masowo przechodzą na świadków koronnych, aby w nowej roli popełniać przestępstwa jeszcze nieuwzględnione w kodeksie karnym.
Suma kar, jakie spadły na Lwa Rywina, pozostaje w rażącej dysproporcji do prawie zerowej szkodliwości czynów, jakie popełnił.
.

Premier Donald Tusk oznajmił, że odwołuje szefa CBA tylko z powodów politycznych i żadnych innych. „Polityczny” w dzisiejszym języku to tyle co partyjny, międzypartyjny, tak czy owak odnoszący się do partii. Działania partii stały się jedyną polityką, wszystko inne zostało zdepolityzowane, nawet państwo nie jest już polityczne. Można usłyszeć zarzut pod adresem rządzących, że upolityczniają państwo. Majestatyczne państwo zostało zdetronizowane, a na tronie siedzą partie i każda stara się zepchnąć pozostałe. Donald Tusk nie widział nic bezprawnego, gdy Centralne Biuro Antykorupcyjne, ustanowione solidarnie przez PiS i PO, podsłuchiwało, kogo chciało, podglądało, kogo chciało, prowokowało do popełnienia przestępstwa osoby, które nie wykazywały skłonności przestępczych, i zastawiało sidła na urzędującego wicepremiera i ministra. Nie odezwał się w partii premiera Tuska żaden głos sprzeciwu wobec zmasowanego uderzenia CBA w środowisko lekarzy, które leczyło, jak umiało, niezależnie od tego, jak często zdarzały się przypadki tak zwanej nieściśle korupcji. Tylko „Gazeta Wyborcza” wzięła w obronę jednego z najwybitniejszych kardiochirurgów, gdy spotkały go brutalne represje. Znalazły się media, które w atmosferze obojętności na krzywdy wyrządzane przez CBA przekazały jednak dużo prawdy o tej „służbie specjalnej”, premier natomiast na początku swego urzędowania oświadczył, że nie będzie stosował odwetu. Jak gdyby o zemstę tu chodziło, a nie o położenie kresu bezprawnym i w istocie bezsensownym represjom stosowanym przez „służbę specjalną”. Ta służba łączyła bezprawie z nieudolnością, jej partackie prowokacje pochłonęły milionowe wydatki, z których nikt by jej nie rozliczał, gdyby w końcu nie wmieszała się w przepychanki na tronie i nie zaczęła szkodzić partii premiera Tuska.
Afera wokół CBA pokazuje, na jakiej płaszczyźnie PO i PiS są dwiema partiami, a na jakiej stanowią jedną partię. Dwiema są w rywalizacji o ten sam cel, to znaczy o władzę; jedną, gdy chodzi o zasadniczą treść polityki. Ta dwoista partia wie, że same demokratyczne reguły gry nie zabezpieczają jej władzy przed niesolidarnościowymi siłami społecznymi, i dlatego zgodnie tworzy, a następnie do upadłego broni instytucji stanu wyjątkowego, takich jak IPN i CBA.
.

Po jednej stronie mamy prywatnego porządnego człowieka i dobrego syna, a po drugiej partyjne państwo, które z nim walczy przy pomocy „notorycznego oszusta, pośrednika między gangsterami”. Po jednej stronie mamy lekarzy albo polityków nienależących do solidarnościowego układu, albo po prostu zwykłych ludzi zajętych swoimi sprawami, a po drugiej wielkie i drogie urzędy państwowe, z których jeden stara się wmanewrować obywatela w „kłamstwo lustracyjne”, którego ten by nie popełnił, gdyby urząd nie ukrywał przed nim perfidnie odpowiednich dokumentów, a drugi wyczynia karkołomne manipulacje, aby obywatela nakłonić do wzięcia łapówki. Dla premiera Tuska wszystko to nie ma żadnego znaczenia, dla niego problem zaczyna się dopiero z chwilą, gdy któryś z tych urzędów zaplami wizerunek jego partii.

Wydanie: 41/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy