Państwo (obchodzonego) prawa

Państwo (obchodzonego) prawa

Zgodnie z konstytucją Polska jest demokratycznym państwem prawa (dosłownie: „państwem prawnym”).
Co to takiego „państwo prawa”? Ano państwo prawa to takie państwo, w którym wzajemne stosunki między organami władzy, a także stosunki między organami państwa a obywatelami i ich organizacjami określone są przez przepisy prawa. W dodatku prawa legalnie uchwalonego lub zaakceptowanego. Legalnie, to znaczy przez właściwy organ, działający z nadania (wyboru) suwerennego narodu, w uzgodnionym trybie.
W państwie prawa sądy są niezawisłe, to znaczy niezależne od innych władz (ustawodawczej i wykonawczej), i orzekają wyłącznie na podstawie przepisów prawa. To prawo, regulujące stosunki między organami władzy i między organami a obywatelami, musi być ogłoszone, tak by każdy, kto chce, mógł się z nim zapoznać, oraz stabilne. Stabilność prawa jest wartością samą w sobie. Łatwiej wtedy się przyzwyczaić do jego nakazów i zakazów, łatwiej je sobie przyswoić. A co najważniejsze, przy stabilnym prawie wiadomo, że stosując się do jego norm, nie popadnie się z nim w konflikt ani nie poniesie się odpowiedzialności. Stabilne, klarowne prawo daje poczucie bezpieczeństwa obywatelom, zapewnia też stabilność państwa. Zabezpiecza przed samowolą władzy, która także w swoich działaniach jest ograniczona gorsetem przepisów. Ten gorset denerwuje nieraz polityków, którym ogranicza swobodę działania.
Im politycy mają większe ciągoty do władzy autorytarnej, tym częściej i tym bardziej na ten gorset prawny, krępujący im ruchy, narzekają. W IV RP wymyślili nawet pojęcie „imposybilizmu prawnego”, czyli zabraniania przez prawo robienia rzeczy, które akurat w danym momencie uważali za słuszne i potrzebne.

Politycy chętnie dla doraźnych celów (czasem szlachetnych, czasem jednak wrednych) prawo by zmieniali. A to żeby do jakiegoś celu dojść na skróty, a to by przypodobać się opinii publicznej, która pod wpływem jednostkowego, zazwyczaj nagłośnionego przez media zdarzenia oczekuje jakiegoś działania władzy, którego prawo zabrania.
Dlatego politycy tak często zmieniają prawo. Wystarczy sięgnąć do Dziennika Ustaw, by się przekonać, po ile razy zmieniane (nowelizowane) są niedawno uchwalone ustawy. Ta niestabilność prawa utrudnia praktykę jego solidnego stosowania, nie sprzyja zbudowaniu kultury prawnej społeczeństwa. Od kiedy działa Trybunał Konstytucyjny, politycy muszą się liczyć z tym, że jeśli uchwalą coś niezgodnego z konstytucją, Trybunał wskaże na niekonstytucyjność ustawy i uchyli jej moc wiążącą. Od czasu, gdy Polska jest członkiem Unii Europejskiej, politycy, uchwalając prawo, muszą baczyć, czy jest ono zgodne z prawem unijnym, czy nie narusza przyjętego w Unii standardu.
Poza tym zmiana prawa jest czasochłonna i wymaga znalezienia sejmowej większości do jego uchwalenia. Mało tego, jeszcze prezydent może ustawę zawetować lub odesłać do Trybunału Konstytucyjnego, aby sprawdził zgodność ustawy z konstytucją.
Prościej jest prawo pokrętnie zinterpretować na swoją korzyść i zgodnie z aktualną potrzebą, którą to praktykę od nazwiska jednego z prezydenckich ministrów na początku III RP nazwano „falandyzacją” prawa.
Czasem jest pokusa, aby – jak to się często nazywa – działać „na granicy prawa”, co w praktyce oznacza na ogół łagodne jego złamanie, z równoczesnym zapewnieniem, że to, co zrobiono, jeszcze zmieściło się w granicach prawa, choć tej granicy było blisko.
Odrębną kategorią jest „omijanie prawa”. Polega ono na tym, że działa się z formalnego punktu widzenia w sposób zgodny z przepisami prawa, ale w rzeczywistości zmierza się do osiągnięcia celów zakazanych przez prawo. Instytucja „omijania prawa” znana jest polskiemu porządkowi prawnemu. Np. na gruncie prawa cywilnego czynność mająca na celu obejście prawa jest po prostu nieważna.

Ostatnio mieliśmy do czynienia, i to na znaczną skalę, z omijaniem zakazów prawa wyborczego przez różnych posłów, zamierzających wystartować ponownie w najbliższych wyborach. Zanim wybory zostały rozpisane, zanim formalnie rozpoczęła się kampania wyborcza, niektórzy kandydaci na posłów obwiesili swoje przyszłe okręgi wyborcze billboardami, banerami i afiszami. Jeden z posłów obwiesił Kraków swoimi billboardami i siatkami przykrywającymi całe elewacje kamienic. Inna posłanka porozwieszała banery ze swoim wizerunkiem, które zapraszały do jej biura na bezpłatne porady prawne. Przykłady można mnożyć. Posłowie tłumaczą, że to nie jest „kampania wyborcza”, tylko „kampania informacyjna”. Na czym polega tu obejście prawa? Ano prawo wyborcze określa dość precyzyjnie sposób finansowania kampanii, szczególnie zaś źródła finansowania i jego limity. To, co w „kampanii wyborczej” podlega ścisłym rygorom, można przed kampanią, czyli w ramach „kampanii informacyjnej”, robić bez żadnych rygorów.
Nie ulega jednak wątpliwości, że cel „kampanii informacyjnej” jest identyczny jak „kampanii wyborczej” – ma wypromować kandydata na posła. A zatem mamy tu do czynienia z klasycznym, podręcznikowym przypadkiem obejścia prawa. Dobrze się stało, że na te praktyki zareagowała Państwowa Komisja Wyborcza, która oświadczyła, że będzie dokładnie analizować „kampanie informacyjne” pod kątem ich zgodności z rygorami prawa wyborczego i koszty tych kampanii wliczy w koszty kampanii wyborczych. Jeśli więc źródła finansowania bądź jego limity będą niezgodne z przepisami prawa wyborczego, Państwowa Komisja Wyborcza może nie przyjąć sprawozdania partyjnych komitetów wyborczych, co, jak wiadomo, skutkuje cofnięciem dotacji dla partii politycznej.
Nie wiem, na ile skuteczne będą sankcje PKW. O wiele dotkliwsza może być jednak sankcja wymierzona przez społeczeństwo. To od niego zależy, czy nagrodzi cwaniactwo i oszustwo kandydatów swymi głosami, czy przeciwnie – nie zechce wybierać na posłów cwaniaków i oszustów.
Jeśli wybierze tę drugą postawę, przed przyszłymi wyborami nikt nie będzie już prowadził „kampanii informacyjnej”, de facto prekampanii wyborczej.
Dlatego dobrze się stało, że sprawa „kampanii informacyjnej” została tak nagłośniona przez media, że głos w tej sprawie musiała zabrać Państwowa Komisja Wyborcza. Reszta zależy od społeczeństwa. Jak zawsze.

Wydanie: 30/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy