Niestraszne nam prawo boże

Niestraszne nam prawo boże

Leszek Miller, jak mało kto efektowny w polemikach i ripostach, użył nie najlepszej figury retorycznej, mówiąc, że prawo jest ważniejsze od Ewangelii. Ewangelia, inaczej niż Koran, nie zawiera przepisów postępowania, które mogłyby zastąpić takie lub inne prawo. Jej pouczenia, nieraz sformułowane w formie niejednoznacznych przypowieści, są skierowane do indywidualnego sumienia i nie nadają się na reguły życia społecznego. Bądź miłosierny, zło dobrem zwyciężaj, miłuj nieprzyjaciół swoich, nie mścij się, skrzywdzony nadstaw drugi policzek itp.
Na temat, czy chrześcijanie powinni lub nie powinni w walce ze złem stosować prawne środki przemocy, głębokie dyskusje prowadzili ariańscy intelektualiści. Rozumowanie Samuela Przypkowskiego, na przykład jego retoryka i dialektyka zmagające się z chrześcijańskim sumieniem jeszcze dziś robią na czytelniku głębokie wrażenie. Obarczył się zagadnieniem nie do rozwiązania, jak pogodzić Ewangelię z prawem, czyli wymaganiami życia publicznego. Wyrzec się prawnego stosowania przemocy to zostawić wolne pole brutalom i łajdakom i w końcu znaleźć się w ich władzy. Bezużyteczność nauk ewangelicznych w realnej polityce nie unieważnia ich jednak na płaszczyźnie moralności rodzinnej.
Skrytykowano biskupów za to, że podczas ceremonii Bożego Ciała głosili wyższość prawa bożego nad ludzkim. Jak to? Czy zaszła jakaś rewolucja kulturalna i odtąd mamy brać dosłownie, co mówią osoby duchowne podczas obrzędów? Do ich rzemiosła należy wywyższanie tego, co boskie, ponad to, co ludzkie. Nie z tego powodu jest Kościół niebezpieczny dla gospodarki komunalnej i budżetów miast oraz finansów państwa, lecz dlatego, że prowadzi rabunkową politykę zawłaszczania terenów miejskich, budynków i miliardowych sum z podatków. Niech się Leszek Miller nie miesza do prawa boskiego, a biskupi niech nie będą tacy pazerni na pieniądze z budżetu państwa. Wtedy można będzie się spodziewać harmonijnego współistnienia Kościoła i Lewicy.
Rozróżnienie prawa boskiego i ludzkiego jest starsze od chrześcijaństwa, już poganie je znali i umieli nim się posługiwać. Mają ludzie religijni swoje pojęcia prawa naturalnego, a my ateiści i agnostycy oraz wszyscy inni pretendenci do racjonalnego myślenia mamy swoje. Hipoteza o Bogu nie jest nam potrzebna (dopóki śmierć nie zagląda nam w oczy), ale poczucie, że istnieje norma wyższa od ludzkich postanowień, jest niezbędne, aby przynajmniej niektóre z praw były sprawiedliwe.

Powróciła sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Sama z własnej woli ona nie wróciła, komuś widocznie jest potrzebna. Nieważne, komu i po co, sama w sobie jest ciekawa. Nie zaszkodzi przyjrzeć się jej z kilkuletniego dystansu. Sześć lat temu papież Benedykt XVI mianował arcybiskupa Stanisława Wielgusa, przedtem rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, metropolitą warszawskim. Ta nominacja została przyjęta z niezadowoleniem w kręgu arcykatolickich dziennikarzy, dziś nazywających się „niepokornymi”. Również bracia Kaczyńscy byli z tej nominacji nieradzi, że tak to delikatnie nazwę. To złe przyjęcie mogło początkowo zaskakiwać, ponieważ arcybiskup dał się poznać jako zwolennik Radia Maryja. W tamtym czasie istniała wielka moda na wykrywanie tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa i ten chwyt zastosowano do abp. Wielgusa. W mediach, zwłaszcza katolickich (innych prawie nie było), rozpętała się histeria wprost niesamowita. Arcybiskupa sponiewierano, obrzucono najgorszymi obelgami, zmuszono do „przyznania się do winy”, a jakże, jak w procesach moskiewskich. Nieszczęśliwy ogłosił rezygnację w warunkach możliwie najbardziej poniżających, w trakcie ceremonii, która miała być objęciem przez niego wysokiego urzędu kościelnego. Dziwne, że jego serce to wszystko wytrzymało. Większość episkopatu, ale bez prymasa Glempa, w tej haniebnej aferze opowiedziała się przeciw Wielgusowi, powołano nawet jakąś komisję historyczną. Opieram się na artykule Magdy Braun („Myśl Polska”, 9-16 czerwca) i za autorką, która ze swej strony opiera się na książce S. Karczewskiego „Zamach na arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”, przytoczę, co o stanowisku episkopatu napisał w swoim votum separatum arcybiskup Kazimierz Majdański. Warto zwrócić uwagę na rozróżnienia pojęciowe, jakie arcybiskup tu czyni. „1. List Episkopatu [w sprawie abp. Wielgusa] jest mało ludzki. Kto jest prawdziwym człowiekiem, nie oskarża innego człowieka już aż nadto skrzywdzonego. (…) 2. List Episkopatu odnosi się do czynu wykonanego pozornie, już dawno i nieważnego, ponieważ dokonanego pod przymusem. Nawet przysięga małżeńska złożona pod przymusem jest nieważna, i to wszyscy w Kościele wiedzą i mają obowiązek wiedzieć. 3. Treść listu [przeciw Wielgusowi] jest mało chrześcijańska. Chrześcijaństwo to przebaczenie. Uczy tego przebaczenia Ewangelia na wielu miejscach. (…) 4. List sprzeciwia się najwyższemu przykazaniu Bożemu: »Będziesz miłował«. Chodzi nie tylko o Boga, ale także o człowieka. Jest to przykazanie najwyższe”.
Dla większości biskupów artykuł w gazecie czy oskarżenie padające z ekranu telewizyjnego miały większe znaczenie niż votum separatum zbyt skrupulatnego moralnie arcybiskupa.
Gdy arcybiskup Dziwisz i inni dygnitarze kościelni powołują się na prawo boże, nie trzeba się bać, że zaprowadzą w Polsce powszechne miłosierdzie i wybaczanie win.

Wydanie: 24/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy