Lewica – słowa i rzeczy

Lewica – słowa i rzeczy

Na lewicy mają kłopot: co dziś znaczy lewicowość? Politykom łatwiej, bo mogą uchwalić odpowiedź większością głosów po zasięgnięciu rady w instytutach badania opinii publicznej. Profesorowie natomiast chcieliby się dopracować jasnej definicji. Trudne to zadanie nawet dla profesora Jerzego Wiatra, który politologię i socjologię ma w małym palcu. Kłopoty te podzielam o tyle, o ile czuję się związany z lewicą, a czuję się, bo SLD, niezależnie od zmistyfikowanej świadomości jej przywódców i dużej części aktywistów była partią realnie konserwatywną. Państwo, w którym nie ma zorganizowanych sił konserwatywnych, znajduje się w położeniu niepewnym, niebezpiecznym nawet. W Polsce w latach 80. doszło do zanegowania nie tylko socjalizmu, o co ja bym nigdy nie kruszył kopii, ale przede wszystkim państwa. Czterdzieści lat państwa polskiego wypadło z historii. Zdelegalizowane wstecz zostały niektóre prawa, niektóre ważne dla narodu postanowienia rządowe, za zbrodniarzy w cudzysłowie i bez cudzysłowu zostali uznani słudzy tego państwa niższego, wyższego i najwyższego stopnia. Powojenne państwo polskie zostało uznane za twór jałtański, czego oczywistą i niedającą już się cofnąć konsekwencją jest otwarcie sporu na temat ziem uzyskanych na zachodzie i północy. Niektóre działania symboliczne się liczą, a inne nie. Symboliczna, retrospektywna zmiana koalicji z czasów wojny się liczy i będzie miała konsekwencje dla narodu. Przyjęty został oficjalnie emigracyjny pogląd, że zakończenie wojny przyniosło Polsce klęskę, co jest równoznaczne z twierdzeniem, że Polska nie należała do zwycięskiej koalicji. Skoro tak, jakim prawem trzymamy w swoich granicach Śląsk i Pomorze, Wrocław i Szczecin? (Odpowiedź, że jest to rekompensata za oddanie Ukraińcom ziem ukraińskich, Białorusinom ziem białoruskich i Litwinom litewskich, jest odpowiedzią w sam raz dla idiotów). Prezydent Polski podpisał wraz z prezydentem Niemiec deklarację, której istotną treścią jest otwarcie dyskusji na ten temat.
Całemu narodowi, który egzystował w Polsce, nie za granicą, narzucone zostały przez media i państwowe instytucje edukacyjne poglądy emigrantów. Wykorzenienie narodu z jego realnej historii (najnowszej – bo o dawnej każdy może sobie myśleć, co chce, nie pociąga to za sobą skutków) nazywane jest życiem w prawdzie.
Nikt nie będzie przeczył dla zabawy, że niektóre przemiany społeczne, jakie się w Polsce dokonały, były narzucone środkami terrorystycznymi przez Związek Radziecki, misjonistyczne państwo komunistyczne. Jednocześnie w Polsce, korzystając w pewnym stopniu z siły i symboli komunistycznych, miała swoją kontynuację historia ludowego radykalizmu społecznego, w przeszłości hamowana przez siły inercji oraz warstwy uprzywilejowane. Komunistyczny kolektywizm zagarnął i do absurdu doprowadził to, co było słuszne i uprawnione w dążeniach ludowych – chłopskich i robotniczych – do sprawiedliwszego podziału własności. Nacjonalizacja wielkiej własności w tamtych warunkach była słuszna i niemal powszechnie oczekiwana. Totalne zanegowanie nacjonalizacji, jakie teraz nastąpiło, jest niekonieczne z punktu widzenia prakseologii gospodarczej i jest niebywale wyzywające wobec polskiej tradycji ludowej i lewicowej. Tylko czasowym oszołomieniem przez wszechobecną propagandę tak zwanych liberalnych mediów można sobie wytłumaczyć bierność społeczeństwa wobec tego wielkiego szalbierstwa. Nie można brać poważnie lewicy, która nad tym zagadnieniem nie chce się samodzielnie zastanowić.
Człowiek świadomy treści konserwatyzmu nie będzie twierdził, że był on potrzebny tylko królom, arystokratom, episkopatom, patrycjuszom, latyfundystom i innym takim. Konserwatyzm jako określona doktryna został sformułowany w reakcji na rewolucję francuską. Był rojalistyczny, elitarystyczny, niekiedy ultramontański, bronił arystokracji i kleru; zwalczał republikę, demokrację, wreszcie socjalizm, gdy ten się pojawił. Nawet w tamtym konserwatyzmie było dużo słuszności: rewolucja za dużo niszczyła, należało podnosić alarm, aby się to nie powtórzyło. Poza tym konserwatyści byli większymi realistami niż ich ideologiczni przeciwnicy, czego nie należy rozpatrywać w odniesieniu do problemu, kto zwyciężył. Kto szybko porusza się do przodu, musi napotykać opór, bo to będzie znaczyło, że ma grunt pod nogami. Demokrację, państwo liberalne, społeczną gospodarkę rynkową zawdzięczamy siłom postępu i siłom konserwatywnego oporu.
Aleksander Hercen dyskutując z radykałami – demokratami i socjalistami swojego czasu, mówił im: wasza sprawa kiedyś zwycięży, zaprowadzicie demokrację i urzeczywistnicie swoje idee. Wszystko się zmieni pod waszymi rządami, ale nie myślcie, że wasz porządek nie będzie potrzebował konserwatyzmu. Nie można w nieskończoność wszystkiego negować, coś trzeba tworzyć, a jeśli się stworzyło, trzeba tego bronić. Lewica woła: ja jestem duch, który przeczy! Czytaliśmy w szkole „Fausta” i wiemy, że jest to dewiza Mefistofelesa. Chyba nie chcecie dać ludowi rządów mefistofelicznych!
Dysonans między politykami lewicy (mam na myśli SLD i „ośrodek prezydencki”) a jej wyborcami polega na tym, że wyborcy instynktownie niejako rozumieją niezbędność zasady zachowawczości w stosunku do Polski, jaka ukształtowała się po wojnie (i nie chodzi tu o żadną irracjonalną nostalgię, choć nostalgia jest uczuciem szlachetnym), podczas gdy liderzy wraz ze swoim otoczeniem starają się ze wszystkich sił i z poświęceniem nieraz godności własnej przystosować się do poglądów obozu zwycięskiego, sobie wrogiemu. Jedna z najważniejszych prawd politycznych nie ma rzeczników dziś w Polsce i ja twierdzę, że za to zaniedbanie Polska będzie ukarana. Taki jest porządek na tym świecie, że za nierozum rządzących kara spada na cały naród.
Nie wiem, do jakich głębin myśli dokopią się lewicowi politycy i profesorowie, drążąc ideę lewicowości. Rezultat ich wysiłku nie będzie miał wagi ani powagi, jeżeli nie odzwierciedli realnej historii lewicy i prawicy ostatnich dziesięcioleci, a także realnej historii narodu i państwa polskiego tego okresu.
Jako przykład właściwego dochodzenia do formuły lewicowości wskażę artykuł Tadeusza Binka „Mój lewicowy światopogląd” („Dziś”, czerwiec 2004). Poglądy ugruntowane nie wywodzą się z żadnej ideologicznej dedukcji, definicji czy wmyślania się w teorię. Narastają w człowieku, jeżeli wmyśla się w rzeczywistość. Klęska 1939 roku i zachowanie się ówczesnych elit przywódczych, faszyzm i zagłada narodu żydowskiego, nieodpowiedzialność dowódców AK i powstanie warszawskie (nieopisana zbrodnia przeciw miastu i całej Polsce), brak realizmu w wyobrażeniach o aliantach w czasie wojny i po wojnie (powszechne na prawicy liczenie na trzecią wojnę światową), wreszcie doświadczenie odbudowy materialnej i kulturalnej kraju prowadzą autora w gruncie rzeczy do filozofii politycznego realizmu, jako przeciwieństwa tego, co w tym okresie było specyficznie polską czy międzynarodową prawicą – irracjonalną, fantasmagoryczną, „romantyczną”. Dziś lewica partyjna z obojętnością odnosi się do włączania tych fantasmagorii do zasobu pewników polskiego patriotyzmu, a niekiedy gorliwie temu sprzyja.
PS Niektórzy czytelnicy nie zauważyli, że felieton „Apologia spóźniona czy przedwczesna” był polemiką z kultem pułkownika Kuklińskiego. Jeżeli mają argumenty lepiej trafiające do apologetów tego pułkownika, to myślę, że „Przegląd” udostępni im miejsce, aby je przedstawili. Zwykłe potępienie szpiega nie wnosi nic nowego do sporu. Prawicy chodzi głównie o to, aby podtrzymać spór tak ustawiony, że ona może siebie uważać za stronę pod każdym względem górującą.

Wydanie: 29/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy