Ówdzie i już

Ówdzie i już

Zgodnie z Horacjańskim nakazem skupiam się na chwytaniu dnia, bo intuicja zabrania myślenia o przyszłości. Przyszłość już była, już ją przeżywaliśmy, niektórzy nawet w nią inwestowali i zwiedzeni naukami o przezorności niechybnie utracą swój wkład majątkowy. Zawodowa nawijka doradców finansowych, którzy uderzają w najczulsze tony „zabezpieczenia przyszłości dzieciom”, a dla ludzi nierodzinnych „zapewnienia sobie spokojnej starości”, ostatecznie straciła rację bytu. Nasze dzieci pozostaną nimi na zawsze, nie zdążą już dorosnąć, jedyne, co możemy, to zapewnić im i sobie dostatnie dzisiaj, jeśli zostały nam jakieś oszczędności.

Katastrofizm jest współczesnym realizmem, nikt już nikogo nie wykpiwa za kasandryczną ględźbę, raczej skorzy jesteśmy z politowaniem przyjmować dalekosiężne biznesplany i optymistyczne szukanie działek budowlanych w karpackim zaciszu. Banki jeszcze udzielają kredytów, ale na zaporowych warunkach, miłośnicy wina jeszcze nie otworzyli bordoskich grand cru skitranych w piwnicznym chłodzie na uczczenie matury dziatwy, ale już czują, że trzeba będzie te wina wypić przy znacznie wcześniejszej okazji. Nie wiedzą, że samo życie jest okazją do uczczenia, czcić trzeba każdy dzień, który nie okazał się ostatnim, wszystko inne to czcze gadanie, jedzmy i pijmy, żeby nie umrzeć na czczo (bodaj w niesamowitym „Kwaidan” Kobayashiego pojawia się postać wiecznie cierpiącego głód upiora, który nie zdążył się najeść przed śmiercią).

Żyję więc raczej ówdzie i już, niż tu i teraz, bo na uporczywe przeczucie nieuchronnej zagłady reaguję panicznym głodem poznawania nowych miejsc, chcę zobaczyć jak najwięcej, zanim nie będzie już nic widać. Kiedy po kilku dekadach wspinania straciłem partnerów od liny (żyją, po prostu zgnuśnieli), nie bardzo wiedziałem, jak ukoić tęsknotę za dużymi ścianami. I oto odkryłem dla siebie ferraty – „żelazne percie” skalne, wiedzione w eksponowanym, wysokogórskim terenie, nierzadko w pionowych odcinkach. Te najłatwiejsze to po prostu szlaki ubezpieczone klamrami i stalowymi linami, na podobieństwo naszej tatrzańskiej Orlej Perci. Trudniejsze wiodą w całości w pionie i wymagają użycia sprzętu alpinistycznego, te najbardziej ekstremalne to już siłowe wyzwania z klasycznymi przewieszkami do pokonania – od wspinaczki sportowej różni je wyłącznie możliwość autoasekuracji. Czyli w to mi graj – żadnej z żon nigdy nie udało mi się zarazić pasją górską, a kiedy je wykorzystywałem jako „żywe obiekty asekuracyjne”, omal nie przypłaciłem tego życiem; teraz mogę śmigać samotnie po bigwallach bez stresu, wystarczy uprząż i taśma asekuracyjna, którą się wpinam do stalówki.

Zawsze sobie powtarzałem, że ferraty zostawię sobie „na starość”, ale kłopot polega na tym, że mało kto potrafi starość u siebie w porę zdiagnozować, jeśli to zaś uczyni, niekoniecznie z nią się pogodzi. Koniec świata zbliżył się na wyciągnięcie ręki w stronę guzika atomowego, więc kłopot zniknął, możemy przeżyć starość awansem, już w średnim wieku – potem nie będzie czasu ani miejsca, ani akcji; nie będzie żadnego potem. Gramolę się więc dostojnie po przepaściach, podziwiam widoki i przepuszczam chyżych młodzianków, nad głową latają mi glajciarze, z dołu niosą się dzwonki rogacizny, na horyzoncie majaczy burza, grzmi i błyska, ale ciągle jeszcze gdzieś tam daleko, no, chyba że ktoś się uparł na Giewont w środku sezonu, gdzie morderczy piorunochron wtaszczony dawno temu przez góralskich bigotów niezawodnie zbiera żniwo wśród turystów.

Oprócz wielu zalet ferraty mają i tę, że brak ich w Polsce. Żeby się na nich pobawić, trzeba wyjechać w Alpy lub chociaż na Słowację, wymuszają zatem wychynięcie z naszej Kartoflanii, co umysł odświeża i duszę obmywa. A dla fanatyków ojczyzny zawsze znajdzie się coś swojskiego, na przykład banery reklamujące po wsiach austriackich Radio Maria – mało kto pamięta, że ten szatański organ medialny sekty Rydzyczan nie jest pomysłem rdzennie polskim. Ultrakonserwatywne fobie i bezrefleksyjne katolstwo trują eter wszędzie, gdzie to możliwe.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 28/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy