Apel do głupich

Geniusz socjotechniczny PiS polega na tym, że partia ta jak żadna inna dotąd w sposób otwarty i bez żenady zwraca się do półgłówków, upatrując w nich siłę, na której warto się oprzeć. Jest to gra ryzykowna i broń obosieczna.
PiS produkuje więc spoty telewizyjne o „oligarchach”, na których tęgawi faceci piją litrami wino musujące, które udaje szampan, zakąszając je ananasami, jakby nie stać ich było na jabłka lub gruszki, które są droższe niż ananasy. Klepią się po plecach i całują z dubeltówki, a także wpadają w szał, ponieważ Ziobro i Kaczyńscy nie biorą łapówek, stając na drodze ich ciemnych interesów. Jest to obraz rzeczywistości zgodny z poetyką telenowel.
PiS nauczone jest też doświadczeniem ze Stanem Tymińskim, który o mały włos nie został naszym prezydentem, a więc zarówno w Warszawie, jak i w Chicago lansuje Nelly Rokitę, osobę – podobnie jak Tymiński – o niewyczerpanej fantazji i równie tajemniczym życiorysie, licząc na to, że publika uwielbia egzotykę.
Co jakiś czas wreszcie PiS przybiera minę marsową i pełną zgorszenia, łapie kogo popadnie i prowadzi go przed kamerami telewizyjnymi w kajdankach, ponieważ wie, że ulica lubi publiczne egzekucje, co opisał nad wyraz sugestywnie poetycki bard PiS, Jarosław Rymkiewicz.
Nad tym wszystkim zaś zawiesza logo patriotyzmu.
Już bardzo niedługo przekonamy się, czy diagnoza PiS jest prawidłowa i jak silny jest segment społeczeństwa o mentalności wypasanej na telenowelach, kazaniach ks. Rydzyka i prastarym obyczaju, według którego najtrafniejszym argumentem dyskusyjnym jest dać komuś w mordę.
Ale na tym tle coraz wyraźniej wyodrębniać się poczynają grupy ludzi, którzy czują się w tym nieświetnie. Jest to być może największa zasługa PiS-owskiej kampanii wyborczej, że przez swoją jaskrawość i prymitywizm zmusza myślących Polaków do zastanowienia się nad własną tożsamością. A także nad zaklęciami i świętościami, które do niedawna jeszcze wydawały się nietykalne.
Tak właśnie rozumiem toczącą się na łamach prasy, głównie „Gazety Wyborczej”, dyskusję o patriotyzmie.
Rozpoczął ją jeszcze w sierpniu Tomasz Żuradzki, autor mało znany, podobno absolwent UJ i London School of Economics, brawurowym artykułem „Patriotyzm jest jak rasizm”, który zaskoczył mnie swoją swadą i rozmachem. Impulsem dla autora była feta z okazji Dnia Wojska Polskiego, łączonego rzecz jasna z „cudem nad Wisłą”, o której Żuradzki pisze: „W środę pod moimi oknami przedefilowały setki ludzi wyszkolonych do zabijania innych ludzi”. Ludzie ci zademonstrowali również posiadany przez nich sprzęt, doskonalony do celów masowego i szybkiego zabijania, a „tatusiowie w podnieceniu robili zdjęcia, mamy próbowały choćby na chwilę usadzić swoje pociechy na krawędzi prawdziwego wozu bojowego – maszyny do zabijania, która w ciągu sekundy może rozwalić dziesiątki naszych wrogów”.
W opisie Żuradzkiego, poza godną pozazdroszczenia pasją, nie ma w istocie nic nowego wobec publicystyki pacyfizmu, która rozkwitła po I wojnie światowej, podobne rzeczy i z podobnym rozmachem pisał też Tuwim. Ale w roku 2007, kiedy rządy PiS zalały kraj frazeologią rzekomego patriotyzmu, wszystko to stało się nowe niczym słynne Andersenowskie zawołanie dziecka, że król jest nagi. „Fascynacja militariami to smutny relikt naszej ewolucji i przeszłości plemiennej”, pisze Żuradzki; jest on też „elementem niewątpliwie zwierzęcym w człowieku”, a także zaprzecza „deklarowanemu jednocześnie przywiązaniu do etyki chrześcijańskiej”, patriotyzm zaś osadzony na kulcie militariów jest analogią do rasizmu.
Te oczywiste myśli zabrzmiały na tle obecnej aury politycznej na tyle bluźnierczo, że spłoszyły nawet znaną feministkę Agnieszkę Graff, która przestraszyła się, że mogą one doprowadzić do sytuacji, w której monopol na wszelki patriotyzm przejmie endecki nacjonalizm, a więc praktycznie LPR do spółki z PiS. Czynnik równowagi zaś bardzo udatnie naszkicowała Bożena Umińska-Keff („Świat bez patriotów”), twierdząc, że wlewanie wszelkich pozytywnych odczuć względem otaczających nas ludzi, lubianych zwyczajów czy oglądanych z czułością pejzaży „do jednej formy nazywanej patriotyzmem” jest anachronizmem. A „tradycyjny nacjonalistyczny patriotyzm jest dla prawicy naturalnym narzędziem, jej kijem bejsbolowym, z którym przystępuje do szantażu moralnego”.
Nie będę tu oczywiście streszczał tej dyskusji, która – mam nadzieję – nie wygaśnie. Sam jednak fakt jej rozpoczęcia uważam za niezwykle ważny. Nie tylko bowiem pokazuje ona naocznie dyskomfort odczuwany przez część społeczeństwa wobec patriotycznego szantażu moralnego, ale też uzmysławia nową sytuację, w jakiej znalazła się Polska. Jeśli więc Umińska-Keff pisze, że owszem, lubi wybrzeże Bałtyku, ale zdaje sobie sprawę, że o jego „niebie i wodzie rozmawiano tu po niemiecku”, a także podśmiewa się z Agnieszki Graff, że nastraja ją patriotycznie polskie niebo nad Doliną Pięciu Stawów, ponieważ niebo to jest także słowackie, wyraża się w tym emocjonalność nowej rzeczywistości, w której zaczynamy żyć.
I na tym w istocie polega autentyczny spór pomiędzy Polską Kaczyńskich a Polską europejską. Pierwsza z nich oznacza w istocie cofnięcie się do „plemiennej przeszłości”, która jeszcze w XX w. wyznaczała bieg historii, prowadząc do dwóch krwawych wojen między plemionami i narodami Europy. Druga jest wezwaniem do wysiłku, aby na miejscu anachronicznych symboli związanych z tą przeszłością ustawić nowe paradygmaty i nowe wartości, inne niż odrębność języków, odgrodzenie terytoriów czy odmienność kultów religijnych.
Granicy między tymi dwiema postawami nie da się zamazać. Dookoła niej toczy się spór o przyszłość. Ma ona także konsekwencje praktyczne. Oczywista nieumiejętność współżycia polskiej polityki z polityką europejską nie wynika bowiem jedynie z nieudolności minister Fotygi czy też z faktu, że bracia Kaczyńscy po raz pierwszy wyjechali za granicę już jako dygnitarze państwowi, lecz z tego, że polityka polska hołduje filozofii, która w Europie przechodzi już do przeszłości. Kaczyńskim wydaje się, że tupiąc nogą na arenie międzynarodowej, naśladują dawnych polskich przywódców, Piłsudskiego na przykład, i podnoszą autorytet Polski, w istocie jednak jest całkiem odwrotnie, ponieważ zupełnie zmieniły się dekoracje. Tamte gesty, też zresztą bez pokrycia, wykonywano w czasach, gdy w Europie rosły nacjonalizmy. Dziś na ich miejsce wkracza integracja i są to gesty komiczne.
Być może nadają się one do tego, aby zjednać sobie widownię telenowel albo pozyskać przychylność kleru, a zwłaszcza tej jego części, która do dzisiaj całkiem serio twierdzi, że posłannictwem Polski jest nowe chrystianizowanie Europy. Nie można nawet wykluczyć, że uda się z tego skleić elektorat, który pozwoli przez następne lata cofać świadomość społeczeństwa. Ale im dłużej będzie to trwało, tym surowszy rachunek zapłacimy za to w przyszłości.

Wydanie: 40/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy