Rygoryści kontra realiści

Rygoryści kontra realiści

Zaczęła się wojna lub raczej wojenka na cytaty. Media są pełne informacji o tym, co kto powiedział w 1968 r. Szperacze analizują gazety z tego okresu i studiują wygłoszone wówczas referaty. Nie jest to zajęcie tak ekscytujące i żmudne jak tropienie afer i przestępstw korupcyjnych. Wystarczy przecież tylko pójść do czytelni, a cytaty same pchają się w ręce. Jest ich tyle, że zajęcia wystarczy na długo.
Tak oto obok dziennikarstwa śledczego wyrasta nowa specjalizacja: dziennikarstwo zszywkowe (nazwa od zszywek gazet w czytelniach). Kto będzie następny po Andrzeju Majkowskim i Kazimierzu Morawskim? Kolejne publikacje otwierają pole do licznych spekulacji. Jedni w tej wojnie na cytaty widzą pokłosie sprawy Jedwabnego i odważnej deklaracji prezydenta Kwaśniewskiego, dotyczącej przeproszenia za tę zbrodnię. Inni są wyznawcami poglądu, że jest to opóźnione w czasie załatwianie osobistych porachunków sprzed 30 lat. Jakby na to nie patrzeć, mało kto wierzy, że jest to przypadek i zbieg okoliczności. A u zagranicznych obserwatorów naszych rozrachunków historycznych i personalnych ugruntowuje się przekonanie o Polakach jako zdeklarowanych i odwiecznych antysemitach.
Sami też mamy dylemat. Jak z dzisiejszej perspektywy ocenić słowa, które padały przed dziesięcioleciami. Zwłaszcza że ci, którzy je wówczas wygłaszali, są dziś wobec siebie bardzo krytyczni. Przeprosili tych, których dotknęły niemądre, niesprawiedliwe i często wręcz głupie opinie i oceny. Co więc teraz zrobić z tymi ludźmi?
Co zrobić z tysiącami Polaków, którzy w marcu 1968 r. poparli ówczesną politykę? Rygoryści uważają, że w polityce odpowiada się za wszystkie czyny i wszelkie słowa, jakie kiedykolwiek zostały wypowiedziane. Że nie ma i być nie może ani instytucji zapomnienia, ani możliwości odkupienia win i błędów.
Dla rygorystów życie polityka trochę przypomina polowanie z nagonką. I jeśli uda się polityka na czymś przyłapać, to należy go bezwzględnie wyeliminować z gry.
W kraju, który ma coraz większe problemy z łamaniem elementarnych norm etycznych, wysokie wymagania wobec klasy politycznej wydają się mieć swoje mocne uzasadnienie. Bo od kogóż, jak właśnie nie od elit musimy wymagać nie tylko bezwzględnego przestrzegania prawa, ale także zgodności z niepisanymi kodeksami etycznymi, kiedyś zwanymi honorowymi?!
Czy w dzisiejszej Polsce ktoś jeszcze używa takich słów jak honor, słowo honoru, człowiek honorowy?
To ten smutniejszy znak czasów, w których żyjemy.
A że wiele słów i pojęć, a tym samym także zachowań politycznych uległo zmianie, to i postawa rygorystów, którzy zawiesili politykom poprzeczkę bardzo wysoko, zderza się z odmiennym światem ocen. Nazwijmy go realistycznym. Reprezentanci tego nurtu mówią tak: Zgoda, że słowa, które padły w Marcu, były nikczemne, niegodne i głupie, ale od tego czasu minęły 33 lata. I dziś elementarna sprawiedliwość wymaga głębszej oceny.
Przede wszystkim trzeba popatrzeć na to, co kto zrobił przez ten szmat czasu. Co mówił? Jak się zachowywał? Jaki jest pełny bilans jego życia?
I dopiero na takiej wielkiej szali można mierzyć ludzkie zasługi i winy, przyznawać nagrody i rozdzielać kary.
Realiści mówią więc, kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. I zarzucają rygorystom, że sami mając niejedno na sumieniu, walczą cytatami z powodów politycznych. Że ich działalność jest bardzo wybiórcza i zastępcza.
Rygoryści kontra realiści.
Nierozwiązywalny dylemat. Każdy z nas musi te sprawy osądzić we własnym sumieniu.

Wydanie: 14/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy