Dwóch

Dwóch

Można próbować to sobie wyobrazić: dwóch wybitnych poetów na wspólnej kolacji u Carpenterów w Berkeley. Lepszej scenerii nie mógłby wymyślić potencjalny reżyser tego przedstawienia. Dwóch poetów, a obaj przyszli ze swoimi zmorami. Herbert z pączkującą obficie cyklofrenią, napędzaną przez żyzny alkohol. Miłosz wymazany z obiegu po dezercji z komunistycznej placówki. Zatruty przez braterski hejt Polaków, którzy sumiennie wnosili o oficjalny status zdrajcy dla autora „Nieobjętej ziemi”. Ich relacja jest lekko napięta, bo ma w sobie pewną podwójność: Miłosz, tłumacz i popularyzator wierszy Herberta za granicą, bywa ostatnio przedstawiany jako „tłumacz Herberta”. Pisze podczas pobytu na emigracji: „Swoje wiersze mógłbym równie dobrze wrzucać do morza albo chować w dziupli”. Niedoszacowanie poezji Miłosza, jego literalna i symboliczna nieobecność w zderzeniu z rosnącą popularnością Herberta mogły być dla tego pierwszego dotkliwe. Z drugiej strony Herbert – poeta, który tytułuje Miłosza „mistrzem”, hołubi go w listach – może się czuć zmęczony rolą wyznawcy. Poza tym, jak wiadomo, ludzie nie lubią sobie wiele zawdzięczać.

Nie wiadomo, co dokładnie się stało tego wieczoru 1968 r. Andrzej Franaszek, biograf Miłosza i Herberta, podczas Festiwalu Miłosza mówił o dwóch zupełnie odmiennych relacjach świadków. Według jednych Herbert – upojony alkoholem i oszalały – oskarżył swojego mistrza o zdradę. O to, że widziałby Polskę jako część Związku Radzieckiego. Miłosz podobno „milczał oniemiały”. Ale Franaszek dotarł także do listu, w którym kłótnię tę relacjonowano zupełnie inaczej. Późniejszego autora „Pana Cogito” przedstawiono w niej jako obrońcę polskości, dumnego patriotę, który próbuje jakoś sobie poradzić z niestosownym w tej sytuacji politycznej kosmopolityzmem Miłosza.

To jedna z najsłynniejszych kłótni w polskiej kulturze, nie tylko dlatego, że położyła się cieniem na przyjaźni dwóch najsilniejszych głosów dyktujących poetycką dykcję kolejnym pokoleniom. Być może ich kłótnia w jakimś stopniu odzwierciedla nasz najbardziej fundamentalny, bo niemal morfologiczny podział: na etnocentrycznych, zakochanych we własnym narodzie konserwatystów i euroentuzjastów – tych o szerszych horyzontach, których grzechem bywa dyskurs wyższościowy, a nawet lekka pogarda dla mniej światłych.

Na drugi dzień Herbert zadzwonił do przyjaciela, ale telefon odebrała jego pierwsza żona Janka, która poprzedniego wieczoru obserwowała całe zajście. Nie przekazała słuchawki mężowi. Później, listownie, Herbert przepraszał poetę. Któregoś razu wysłał słynne już wyznanie: „Będę cię prześladował moją trudną miłością”. W pewnym momencie ich stosunki znów stały się poprawne, ale Miłosz nigdy nie zapomniał tamtej mrocznej przemiany, agresji Herberta, jego oskarżeń. Może gdyby nie był wcześniej atakowany, nie poczułby się aż tak dotknięty.

Podczas spotkania w ramach festiwalu wieloletnia badaczka poezji Miłosza, a także jego przyjaciółka i sekretarz w latach 70. – Renata Gorczyńska – przypomniała, że Herbert bardzo lubił się bić. Przytoczyła opowieści i spektakularne zdarzenia, podczas których dochodziło np. do spadania ze schodów lub upojeń tak głębokich, że „Zbyszek” po prostu gubił się na jakiś czas. Gorczyńska twierdzi, że podczas tamtego feralnego wieczoru w 1968 r. musiało dojść do bójki. Ale nie wiemy, czy tak było.

W obszernej, bardzo drobiazgowej, dwutomowej biografii Zbigniewa Herberta, która właśnie ukazała się w wydawnictwie Znak, Franaszek pokazuje całą złożoność i ambiwalencję postaw poety. Jego niemal dziecięcą słodycz, współczucie i nieodparty urok, które idą w parze z pewną nieobliczalnością, napadami agresji i chamstwa. Przy czym trzeba pamiętać, że był to człowiek cierpiący, nękany przez powracające depresje, stany lękowe i manie. Piszący – podobnie zresztą jak Miłosz – w mrocznych czasach, objęty czasowo zakazem publikacji, zmagający się na co dzień z cenzurą.

Są sprawy, które ich podzieliły, ale więcej ich łączyło. Epitety (brzmiące dziś nieco retro, a może nawet mizoginicznie) zapisane przez Tadeusza Nowakowskiego w odniesieniu do wierszy Herberta – pasowałyby także do poetyki Miłosza: wiersze „antyekshibicjonistyczne, po męsku wstydliwe, powściągliwe”. Chociaż czujemy (czy może raczej wiemy, znając stosunek Miłosza np. do wierszy Mirona Białoszewskiego), że Miłosz był bardziej otwarty także w swojej poezji. Mimo wszystko bliższy awangardzie. Teraz, dzięki obu biografiom, możemy sami badać, śledzić ścieżki poetów, rozpoznając pejzaż emigracji i kontekst historyczno-literacki, a także prywatny obu poetów.

Niebawem otrzymamy biografię innego wybitnego poety – Tadeusza Różewicza, który, nawiasem mówiąc, oskarżał Herberta o plagiaty i słał pełne pretensji listy do wspólnych przyjaciół. Poety, którego wpływ na polską kulturę był równie fundamentalny. Czekam na tę książkę niecierpliwie. Ale najbardziej chciałabym przeczytać biografię Szymborskiej. Nieoceniony Andrzeju Franaszku, napisz, kiedy ochłoniesz, także o niej. Wydawnictwo a5 opublikowało właśnie pasjonującą korespondencję Szymborskiej i Herberta „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. I to jest przedsmak tego, co moglibyśmy otrzymać w biografii. Ważnej nie tylko ze względów – nazwijmy to – artystycznych. Musiałaby pokazać inny świat, bo funkcjonowanie kobiety w środowisku literackim było odmienne, a jej doświadczenia – inne. Rzeczy, które już wiemy, warto by zebrać, opracować, wyjaśnić. Bo człowiek wesoły, który lubi żarty, jak wiadomo, także wpada w ciemność, a swoje czarne tunele ukrywa głębiej niż inni.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy