Nic dwa razy się nie zdarza…

Nic dwa razy się nie zdarza…

Te słowa wiersza, bardziej znane jako refren piosenki, przytaczane były ostatnio bardzo często. No rzeczywiście, nic dwa razy się nie zdarza. Jak mówią, jeśli historia się powtarza, to już tylko jako farsa. Podobnie z ludźmi. Lepper jako trybun ludowy był już tylko karykaturą Wałęsy. Karykaturą Leppera jest pan Guzikiewicz, dzięki mediom i politykom najbardziej dziś znany w Polsce stoczniowiec.

Uciekając przed Guzikiewiczem, premier Tusk przeniósł obchody rocznicy 4 czerwca z Gdańska do Krakowa. Pan Guzikiewicz nie przychodzi na debatę z premierem, tylko wyznacza premierowi miejsce spotkania. Choć tyle dobrego, że premier nie zastosował się do wezwania pana Guzikiewicza. Ale o czym premier chciał z panem Guzikiewiczem debatować, doprawdy nie wiem. A swoją drogą debata, jaką pan premier odbył z dwoma prorządowymi związkowcami, pod nieobecność przedstawiciela OPZZ i „Solidarności”, była dość żałosna i pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Sam to wymyślił czy PR-owcy wpuścili go w te maliny?
Sprawa polskiego przemysłu stoczniowego wygląda, jak wygląda. Stocznia Gdańska od dawna była pod ochroną jako swoisty rezerwat „Solidarności”, zwany kolebką. Jej utrzymywanie nie miało nic wspólnego z jakimkolwiek rachunkiem ekonomicznym. Pierwszy zwrócił na to uwagę swego czasu Mieczysław Rakowski. Od wielu lat stoczni lepiej niż budowa statków wychodziły manifestacje i protesty. Stocznia ma sens tylko wtedy, gdy ktoś chce kupować budowane przez nią statki. Gdy brakuje zamówień, trudno wymagać od rządu, by dopłacał do stoczni, czyniąc z niej jeszcze jedno multimedialne muzeum na kształt Muzeum Powstania Warszawskiego i obsadzając pana Guzikiewicza w roli stoczniowca – symbolu.
Aktualnie kryzys przeżywa przemysł stoczniowy na całym świecie. Kryzys przeżywają stocznie w Azji, dotąd skutecznie konkurujące z europejskimi. W efekcie światowej recesji jest mniej zamówień na statki i ich remonty.
Zamiast użerać się z panem Guzikiewiczem i jego pro-PiS-owską „Solidarnością”, nobilitując ich ponad wszelką rozsądną miarę, rząd powinien spokojnie tłumaczyć społeczeństwu, po raz trzeci i dziesiąty, że w obecnej sytuacji ekonomicznej dalsza pomoc dla stoczni może się odbywać tylko kosztem innych. Kosztem nauczycieli, lekarzy, kolejarzy… Wychodzi na to, że rząd powinien zamówić w stoczni kolebce parę statków, a może okrętów. Ze dwa lotniskowce w ramach modernizacji marynarki wojennej, która zresztą, zdaje się, rzeczywiście nie ma na czym pływać. Tylko że rząd nie ma innych pieniędzy poza naszymi, pieniędzmi podatników.
Ostatnio dwie połączone komisje sejmowe – administracji i spraw wewnętrznych oraz sprawiedliwości oceniały działania policji w czasie manifestacji stoczniowców. Oskarżycielem był pan Guzikiewicz, na stałe już, zdaje się, zaproszony na salony władzy. Arbitrami chcieli być koniecznie posłowie PiS, całość na żywo transmitowała telewizja, a nawet chyba dwie.
Debata, czy policja przekroczyła uprawnienia, jak wywodził nasz nowy bohater narodowy, czyli wspomniany pan Guzikiewicz, przeniosła się poza Sejm, do studiów telewizyjnych, gdzie problem ten próbowali rozwikłać, pochylając się nad nim z troską, najwybitniejsi publicyści.
Problem wydaje się łatwy do rozwiązania. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy manifestujący stoczniowcy naruszyli porządek publiczny, czy nie. Manifestować w wolnym kraju prawo ma każdy. Ale to wcale nie znaczy, że każdy manifestujący ma prawo robić, co chce: palić opony w centrum miasta (bardzo to ostatnio stało się modne), a już w szczególności walić policjantów styliskami łopat.
Jeśli w czasie manifestacji naruszony był porządek publiczny, obowiązkiem policji było go przywrócić. Przywracanie porządku przy zastosowaniu przewidzianych ustawą środków przymusu bezpośredniego z natury rzeczy jest dotkliwe. Niemiło jest dostać policyjną pałą, bardzo nieprzyjemny jest gaz łzawiący, cholernie niemiło jest być oblanym z armatek wodnych (szczególnie w chłodne dni). Niestety takie jest ryzyko uczestnictwa w manifestacji, która nie zamierza respektować reguł wyznaczonych przez prawo.
Przekonanie, że manifestantom wszystko wolno, jest nieuzasadnione. Różnica między manifestacją dzisiejszą a tą z czasów stanu wojennego jest taka, że wtedy w ogóle nie wolno było manifestować, że nie istniały żadne mechanizmy demokratyczne, nie było też żadnych kanałów dialogu społecznego.
Jeśli społeczeństwo chciało wyrazić swój sprzeciw, nie miało innej możliwości, musiało wyjść na ulicę.
Dzisiejsze manifestacje mające na celu wymuszenie na rządzie realizacji wąskich grupowych interesów kosztem innych, słabszych branż, kosztem całego społeczeństwa, choć realizowane pod tymi samymi sztandarami „Solidarności”, są już tylko karykaturą tych manifestacji z czasów PRL, a szczególnie z czasów stanu wojennego.

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy