Przekleństwo złych obyczajów

Prawo i obyczaje

Niccolo Machiavelli, myśliciel włoski z czasów włoskiego Odrodzenia (1469-1527), stwierdził w swych rozważaniach na temat stosunku między prawami a obyczajami, że żadne prawa nie potrafią zepsutym obyczajom zaradzić, gdyż dla zachowania dobrych praw potrzebne są dobre obyczaje. Myśl ta sprawdza się na przykładzie dzisiejszej Polski. Po wyborach czerwcowych w 1989 r. ustanowione zostały w naszym kraju nowe, niezłe prawa, ale wiele z nich jest dziś łamanych bądź pozostaje martwą literą ustawy. Nad dobre prawo wynoszą się bowiem złe obyczaje.
Reformie prawa podjętej w 1989 r. nie towarzyszyła poprawa obyczajów. Przeciwnie, w minionym dziesięcioleciu poziom moralności publicznej znacznie się pogorszył w porównaniu ze stanem poprzednim. W roku 2003 rozprzężenie obyczajowe osiągnęło stan, którego nie waham się nazwać alarmowym. Sejm opanowany został przez żywioły, które za nic sobie mają obowiązujące prawo, z prawem konstytucyjnym włącznie (pisałem o tym w poprzednim felietonie pt. „W zaułku śmieszności”).
Nowa klasa polityczna postępuje niekiedy tak, jak niegdyś komuniści po objęciu władzy, którzy zwalczali ludzi kierujących się tzw. moralnością burżuazyjną. Wydaje im się, że normy obyczajowe wykształcone później mozolnie w PRL straciły w ustroju gospodarki rynkowej sens. A przecież były wśród nich normy uznane powszechnie za obowiązujące przez wszystkie cywilizowane społeczeństwa, niezależnie od ustrojów politycznych. Chwała wielkim humanistom tego okresu, że wartości te przekazali przyszłym pokoleniom. Wśród młodszej generacji nastawionej na karczowanie reliktów komunizmu nie widać godnych ich następców. Kultura świecka zdominowana jest przez myśl katolicką upowszechnianą przez Instytut Wydawniczy Znak.
O dyrektywach wszędzie obowiązujących pisał m.in. A. de Tocqueville w książce „O demokracji w Ameryce”, rozróżniając obok nich reguły honoru właściwe grupom elitarnym. Do norm ogólnych, uniwersalnych należy np. zasada, że w każdej sytuacji należy zachować się przyzwoicie. Dzisiejsi parlamentarzyści niewiele się tą zasadą przejmują. Niektórzy postępują wprost odwrotnie: w każdej sytuacji zachowują się nieprzyzwoicie…
W gospodarce rynkowej znaczenie pewnych norm obyczajowych jest szczególnie doniosłe. Są to normy służące potrzebie zaufania. W grę wchodzą tu m.in. zakazy zachowań nielojalnych, podstępnych. Jednym z najcięższych pogwałceń obyczajów obowiązujących w wolnym, demokratycznym społeczeństwie są tajne, skryte nagrania prywatnych rozmów. Postępki takie wywołują wielkie zgorszenie, gdy dopuszcza się ich ktoś uchodzący wcześniej za autorytet moralny. Nie ma nic bardziej szkodliwego niż zły przykład, jaki daje obywatel, który sprzeniewierza się głoszonym ideałom.
Upadek obyczajów zatruwa w sposób szczególnie dotkliwy współczesne życie publiczne. Wielu przykładów nieobyczajnych zachowań posłów dostarcza codzienna praktyka parlamentarna. Szczególnie podatna na przekroczenia granic obyczajności jest antykomunistyczna opozycja zarażona bakcylem nienawiści do wszystkiego, co powstało w PRL. Ludziom tym wydaje się, że w walce politycznej nie obowiązują żadne reguły, jak w wolnej amerykance. W której każdy chwyt jest dozwolony.
Prof. Maria Ossowska uczyła wiele lat temu, że każdy spór polityczny jest walką, która powinna być prowadzona według starych tradycji rycerskich, z poszanowaniem przeciwnika i unikaniem krzywdy niekoniecznej dla zrealizowania swoich celów. Zdaniem autorki, rycerskość powinna się przejawiać w przestrzeganiu reguł uczciwej gry (fair play) pokazujących m.in., jak wygrywać bez upokarzania przeciwnika. Etyka angielska w swoich regułach fair play osiągnęła poziom, który wciąż wart jest naśladowania („Wzór obywatela w ustroju demokratycznym”, „Ethos rycerski i jego odmiany”).
W obecnym polskim Sejmie nie ma posłów pielęgnujących dawne dobre obyczaje, nie mówiąc już o dżentelmenach w tradycyjnym angielskim stylu. Taka jest prawidłowość współczesnej demokracji. Dżentelmeni nie nadają się do polityki. Niezależność, spokój i opanowanie, prawdomówność to cechy, które nie pozwalają im na korzystanie ze słabości przeciwnika. Kulturalnych zachowań prawdziwego dżentelmena nie da się pogodzić z panującymi obecnie w demokracjach bezwzględnymi, brutalnymi regułami walki parlamentarnej. Nie ma w niej także miejsca na rygorystyczne przestrzeganie wykształconych w średniowieczu wymagań moralności rycerskiej.
Warunkiem sine qua non demokracji są wolne od wszelkiej cenzury środki masowego przekazu. „Czwarta władza” nie może być jednak nieograniczona. Nadmiar każdej władzy jest śmiertelnym zagrożeniem dla wszelkich ustrojów, także demokratycznych. Dzisiejsze media mają władzę nad duszami i zachowaniami obywateli, o jakiej nigdy nie mogły nawet marzyć. Nowa klasa polityczna nauczyła się nimi bezwzględnie posługiwać, niekiedy cynicznie, wykorzystując fakt, że ludzie rządzą się emocjami i są łatwowierni. Cytowany na wstępie tego felietonu florencki myśliciel tłumaczył to przyrodzoną ludziom zawiścią, która powoduje, że są bardziej skorzy do ganienia niż do chwalenia postępków innych. Jeśli Machiavelli miał rację, to negatywne wyniki sondaży opinii na temat działalności instytucji publicznych przeważnie nie są miarodajne.
Nie zawsze jednak da się manipulować skutecznie opinią publiczną. Jest np. wątpliwe, czy opozycja zdołała przekonać obywateli, że prywatne środki masowego przekazu okażą się dla nas, obywateli, bardziej atrakcyjne niż publiczne. Dla przeciętnego obywatela pewne jest tylko to, że w istocie chodzi o wielkie pieniądze, skoro walka o nie jest tak zaciekła i wręcz bezwstydna.
Jedną z gwarancji prawa do swobodnego wyrażania myśli i ochrony przed kłamstwami prasowymi jest prawo każdego do żądania sprostowania nieprawdy. Aliści po wielu latach od zniesienia cenzury okazało się, że prawo to w praktyce stało się fikcyjne. Wydawcy gremialnie uchylają się od zamieszczania sprostowań. Można się o tym przekonać, przeglądając codzienną prasę. Autorom pozostaje żmudna droga dochodzenia prawdy na drodze procesów sądowych. Mamy więc jeszcze jedno papierowe prawo, które swym martwym istnieniem czyni więcej szkody, niż gdyby go w ogóle nie było i nie łudziło ludzi nadzieją, że mogą z niego skorzystać. Okazało się, że powstały przepisy, które w praktyce nie są stosowane bądź to w ogóle, bądź co najmniej bardzo rzadko. Tego rodzaju papierowe prawa, z których obywatele nie mogą uczynić użytku, są jak potrawy serwowane bocianowi i lisowi w bajce La Fontaine’a.

 

Wydanie: 38/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy