Polskie przedmurze

Polskie przedmurze

Europejski Zachód obawiał się, że po upadku systemu radzieckiego, skądinąd nader pożądanym, w krajach Europy Wschodniej mogą odrodzić się nacjonalizmy i destabilizować ten region. Niemcy, najbardziej zainteresowani, bardzo ostrożnie i wybiórczo popierali opozycję w KDL-ach, a Willy Brandt, jak sobie przypominam, w pewnym okresie wcale nie popierał. W pierwszych latach nowej ery można było sądzić, że obawy były nieuzasadnione, entuzjazm patriotyczny miał zabarwienie liberalne i wydawało się, że kraje pokomunistyczne na stałe przyjmują tzw. wartości zachodnie. Ale co miało przyjść, to przyszło, chociaż nie w każdym kraju z takim samym nasileniem. W Polsce nacjonalizm w wersji szowinistycznej zepchnął na pobocze swoje umiarkowane odmiany i stał się ideologią panującą. Czy słowo ideologia jest tu właściwe? Sugeruje ono formę teoretyczną, a w rzeczywistości mamy do czynienia ze stanem umysłowym przypominającym oszołomienie narkotyczne albo upojenie alkoholowe. Zachodzi ważna różnica między nacjonalizmem polskim i węgierskim. Węgrzy mają powody do narodowego rozjątrzenia, ponieważ tzw. Historia niesprawiedliwie ich w XX w. ukarała, o czym nie mogą zapomnieć, podczas gdy Polskę niespodziewanie wynagrodziła, o czym Polacy nie wiedzą. Znam tylko jednego Węgra, Viktora Orbána, i jeżeli na tej podstawie mogę wnioskować o węgierskim nacjonalizmie, to powiem, że jest on bardziej podobny do polskiej endecji z czasów Dmowskiego niż do rządzącego „kaczyzmu”, wywodzącego się ze zwyrodniałej piłsudczyzny à la Kostek Biernacki. Orbán jest realistą, a Kaczyński nie jest, zna hierarchię ważności spraw i dzięki niemu Węgry więcej ważą w europejskiej polityce niż trzy razy większa Polska. W Polsce nie ma polityka takiego formatu i takiej orientacji myślowej.

Nacjonalizm w krajach pokomunistycznych ma miejscowe źródła zasilania, ale otrzymał też silne wsparcie ze strony dyplomacji i służb specjalnych Stanów Zjednoczonych. Widoczne to jest zwłaszcza na Ukrainie, ale i w Polsce widzimy, jak się krzątają, aby podsycać dziedziczoną po dawnych i niedawnych czasach wrogość do Rosji. Bez podniet i zabiegów amerykańskich, a także bez ich pieniędzy neobanderowcy nie zdołaliby zdobyć władzy nad całą Ukrainą. Nacjonalizm w Polsce i na Ukrainie jest wkalkulowany w amerykańską strategię wobec Rosji (i w nikłym, ale zauważalnym stopniu także Niemiec) i z tego powodu oprze się wszystkim przeciwnikom. Jest niezwalczony jako moralne spoiwo „wschodniej flanki NATO”. Trzeba tylko być czujnym i reagować, gdyby zaczął się zwracać przeciw Zachodowi, co nie jest wykluczone raz na zawsze.

Prezydent Donald Trump w swoim nieco kiczowatym przemówieniu na placu Krasińskich w Warszawie alarmował, że cywilizacja zachodnia jest zagrożona i Polska, która w powstaniu warszawskim tak wspaniale zaświadczyła swoją gotowość do heroicznych czynów, jest powołana także do tego, żeby bronić cywilizacji zachodniej. Polacy jako nosiciele wartości, których brakuje Zachodowi, to temat zasługujący na chwilę zastanowienia. Polski jest podobno drugim językiem Wielkiej Brytanii, można więc przypuszczać, że Polacy jakieś wartości na Wyspę wnieśli. Anglicy tego jednak nie docenili. W okręgach, w których Polacy są liczni i widoczni, większość wyborców głosowała za Brexitem. Dla znacznej części Brytyjczyków imigracja z Polski i innych krajów naszej części Europy była najważniejszym powodem optowania za opuszczeniem Unii Europejskiej. Polski wkład do Brexitu to fakt niezaprzeczalny.

W miesięczniku „Polityka Polska” (kwiecień 2017) Polak stale mieszkający w Brukseli opisuje rodaków przebywających w tym mieście. Zapewne nie różnią się oni wiele od tych, którzy wybrali Anglię. „Polak mądrzejszy, wie najlepiej, jak żyć w cudzym kraju i skutki tego są katastrofalne. (…) Polacy mieszkający w Brukseli to, niestety, w wielu przypadkach niewychowane chamy. Często przechadzając się ulicami Brukseli, można zobaczyć pijanych i agresywnych, wulgarnych i prostackich rodaków, walające się po ziemi butelki po polskich wódkach albo polskim piwie. Część rodzin nie potrafi za granicą dobrze wychowywać swoich dzieci, a sami nie potrafią określić swojego położenia. Jest bardzo dużo patologii w rodzinach, rodzice najczęściej piją, dzieci na to patrzą i wychowują się w takim otoczeniu. Za granicą piją więcej i więcej, bo ich na to stać. (…) Możecie się państwo domyślać, jaki ciężar wstydu dźwigają normalni ludzie, kiedy ścierają się z takimi sytuacjami. Proszę się nie martwić, to nie dotyczy tylko osób mieszkających tutaj, ale również i »elit«, które np. przyjeżdżają w odwiedziny lub mieszkają. To są chamy i prostaki. Myślą, że są nietykalni i zachowują się jak ostatnie matoły. Wstyd mi za wielu Polaków mieszkających w Brukseli. Bezdomnych rodaków jest coraz więcej – również pijących i wulgarnych”. Spodziewałbym się czegoś pozytywnego o polskich przedsiębiorcach. „W polskich firmach panuje perfidny wyzysk. Oszukują pracowników i klientów. (…) Wiele już było takich przypadków, że [polski] pracodawca zatrudnił ludzi, zaczęli np. remont domu, pracodawca dostał kasę i zwiał, pozostawiając swoich pracowników na lodzie, z niczym, i rozwalone mieszkania. (…) Poziom rozmów, poziom ludzi, poziom kultury osobistej… To jest tragedia. (…) Ludzie żrą się ze sobą, zamiast spojrzeć na świat realnie” (Mateusz Tochman, „Polacy w Brukseli na podstawie obserwacji i rozmów”). Jak wiemy z gazet, niektórzy europosłowie polscy mogliby znaleźć się w tym opisie.

Gazeta opozycyjna opublikowała co najmniej dwa długie artykuły dowodzące, że Antoni Macierewicz był uwikłany w kremlowską mafię szpiegowską, a jego zastępca także. Podobno wyszła już książka podtrzymująca te rewelacje. Minister Macierewicz, który jest szkodnikiem z innych, rzeczywistych powodów, mógłby się uśmiać z tych bredni, a nawet ucieszyć (patrzcie, jacy są moi przeciwnicy), podał autora do sądu.

Były minister obrony i zastępca przewodniczącego PO pan Siemoniak zarzuca Macierewiczowi, że trzyma w wojsku generała, który był szkolony w Moskwie. Czy to dziwne, że Platforma staje się partią coraz mniej poważną? W TVN24 komentator opozycyjny twierdzi stanowczo: „Rząd PiS działa jak agentura moskiewska” (1 lipca). Polityka wewnętrzna staje się coraz bardziej polityką zagraniczną wschodniej flanki NATO.

Na okładce tygodnika „Polityka” piszą: „Władze, jak za PRL, głoszą tezę o zepsuciu i samozagładzie Europy”. Napisał to zapewne młody redaktor, ale starszy nie poprawił. Tezę o zepsuciu i samozagładzie Europy od kilkudziesięciu co najmniej lat głosi zachodnia konserwatywna prawica. Władze PRL, jak marksiści wszystkich krajów, głosiły, że w Europie burżuazja wyzyskuje proletariat nie wskutek jakiejś dekadencji, lecz z powodu prywatnej własności środków produkcji i ten ustrój zostanie zastąpiony przez socjalizm, bo taki musi być skutek postępu. Między tymi poglądami nie ma żadnej zbieżności, są one ze sobą sprzeczne, a obozy, które je głosiły, wrogie.

Jak było do przewidzenia, rokoszanie z PiS demolują system prawny. Posłanka z Nowoczesnej jest temu przeciw, ale brakuje jej argumentów i pojęć retorycznych. Powtarza w kółko: jak na Białorusi, jak w Rosji. Nie wiem, co zobaczyła na Białorusi (musiała tam być, skoro się powołuje), ale w Rosji akurat następuje uniezależnianie się sądownictwa od władzy politycznej. Dla dobra sprawy lepiej by milczała.

Wydanie: 29/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy