Jest o czym mówić…

Kuchnia polska

Daty uchodzące za historyczne z biegiem czasu zmieniają swoje znaczenie. Nie tak dawno dzień 13 grudnia, data ogłoszenia stanu wojennego w 1981 r., stał się datą zakończenia w Kopenhadze naszych negocjacji z Unią Europejską, a więc pomimo krytyk tych negocjacji i ich wyników ze strony opozycji, datą raczej radosną. Ostatnio, jak widzieliśmy, zmieniła swój sens także data 22 lipca i zamiast ustanowionego w PRL święta odrodzenia państwa media obchodziły ją jako pierwszą rocznicę słynnej rozmowy w gmachu Agory pomiędzy Lwem Rywinem a Adamem Michnikiem, której konsekwencje i ich badanie zajęły nam cały rok.
Co więcej, dla uczczenia tej rocznicy rząd zdecydował się w tym właśnie dniu ogłosić, że wycofuje z Sejmu swój projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji i zamiast niego przyśle nowy, który dopiero ma powstać. Ciekawe przy tym, że w oficjalnych wypowiedziach rządowych mówi się, iż projekt ten wycofuje się nie dlatego, że jest zły (a jak pamiętamy, już po wybuchu całej awantury z ustawą nad tym właśnie projektem pracowali w pocie czoła posłowie rządowej koalicji w komisji sejmowej), lecz dlatego, że dookoła projektu wytworzyła się niezdrowa atmosfera, którą należy przewietrzyć.
Być może, jest to posunięcie słuszne, chociaż nie wiązałbym z nim nadmiernych nadziei. Rocznicę rozmowy Rywin-Michnik większość mediów świętowała jako triumf demokracji i jawności, w którym media odegrały wiodącą rolę, trudno więc przypuszczać, że teraz z niej zrezygnują, przyglądając się spokojnie i obiektywnie, co się z nową wersją ustawy dzieje. Pozostaje bowiem nadal sprawa zasadnicza, a mianowicie co w nowelizacji ustawy ma zostać naprawdę zapisane i komu się to będzie podobać, a komu nie.
W tej sprawie zaś, niestety, od samego początku nie mieliśmy wystarczającej jasności ani odwagi, żeby powiedzieć to na głos. Jak bowiem się okazało podczas przesłuchań przed komisją Nałęcza, już w trakcie obrad rządu padło ponoć zdanie, że istotnym sensem nowelizacji jest umocnienie mediów publicznych, ale powinno to pozostać „celem sekretnym”. Do dziś nie rozumiem, dlaczego właściwie.
Ale mimo to może właśnie teraz jest odpowiedni moment, aby oderwawszy się choć na chwilę od fascynującego pytania, kto przyszedł do kogo, a także gdzie i jak zniknęły dwa słynne wyrazy „lub czasopisma”, przypomnieć sobie z grubsza, po co to wszystko?
Otóż, jak słyszymy, głównym powodem nowelizacji ustawy medialnej jest przystosowanie jej do wymogów europejskich. Owe wymogi europejskie niestety – co jest moim prywatnym zdaniem – nie odnoszą się żadnym zapisem do proporcji, jakie na rynku medialnym w poszczególnych krajach powinny istnieć pomiędzy mediami komercyjnymi a publicznymi. Nie odnoszą się także – również moim zdaniem niestety – do stosunków kapitałowych, a więc na przykład, ile procent udziałów w poszczególnych mediach może mieć kapitał zagraniczny.
Brak tych dyrektyw jest problemem dla polskiego ustawodawcy. Może on je ustalić, lecz nie musi. Może zatem zdecydować się na stan, jaki po transformacji ustrojowej zapanował na przykład w Czechach lub na Węgrzech, gdzie sektor publiczny w mediach jest wręcz śladowy, a wszystko znajduje się w rękach komercji. Albo na odwrót, może przyjąć, że sytuacja polska, gdzie blisko połowa rynku medialnego, w telewizji zwłaszcza, pozostaje publiczna, jest stanem zdrowszym. Ja osobiście tak uważam. Możemy też być obojętni na to, czyj kapitał, polski czy zagraniczny, rządzi mediami, albo upierać się przy zachowaniu jakiegoś stopnia krajowej własności w tej decydującej dla opinii publicznej sferze.
Natomiast, o czym mówi się dość oględnie, dyrektywy unijne są dosyć jasne w sprawach repertuaru. Mówią na przykład, że połowa repertuaru mediów powinna być europejska, w czym mieści się także odpowiednia kwota krajowa. Bardzo bym się cieszył, gdyby ktoś pod tym kątem przejrzał repertuar filmowy naszych nadawców albo repertuar muzyczny komercyjnych stacji radiowych, chociaż wynik można już z góry przewidzieć.
Dalszą sprawą jest kwestia tak zwanej koncentracji mediów i dookoła niej w istocie toczy się cały spór. Otóż można oczywiście doprowadzić do stanu, kiedy jeden nadawca, obojętne – publiczny czy prywatny, zdobędzie władzę nad mediami, a więc i opinią publiczną, ale oznacza to nie tylko pogwałcenie przepisów antymonopolowych, lecz także naruszenie zasad pluralizmu politycznego, a więc i zasad demokracji. Z której jednak strony nadciąga groźba takiego monopolu – nadawcy publicznego czy nadawców komercyjnych? To właśnie musi rozstrzygnąć ustawodawca, pamiętając przy tym przestarzałą być może prawdę, że kapitał, który nie pożera i nie eliminuje innych, słabszych kapitałów, sam zostaje pożarty. Na razie zaś nie widzę, aby ktoś pożerał ITI, Polsat albo Agorę, ale może mam na to za słaby wzrok, skoro w mediach należących do tych firm czytam i słyszę stale coś przeciwnego.
Ustawa, owszem, musi uzdrowić media publiczne. Uzdrowić to znaczy uwolnić je od dyktatu reklamodawców, którzy w istocie decydują swoimi pieniędzmi, co, w jakiej ilości i o jakiej porze ma być nadawane w publicznej telewizji. Aby telewizja publiczna stała się naprawdę publiczna, a więc promowała treści publiczne, kulturalne, edukacyjne i obywatelskie niezależnie od wymogów komercji, musi mieć pieniądze. Na razie tylko 30% jej dochodów pochodzi z publicznego źródła, jakim jest abonament. Skąd więc wziąć pozostałe środki? Z budżetu? A może z opodatkowania nadawców komercyjnych na rzecz nadawcy publicznego? Są na to różne sposoby i o tym powinien pomyśleć ustawodawca, pamiętając jednocześnie, że to telewizja publiczna, a nie komercyjna jest producentem seriali filmowych, teatru telewizji, sponsorem filmów kinowych i wreszcie ona bierze na siebie haracz kampanii wyborczych, rozdając darmowy czas partiom, albo transmisji sejmowych, które należą do jej obowiązków, choć mało kto je ogląda, a tylko szaleniec mógłby się przy nich reklamować.
Jest także w odrzuconym już projekcie nowelizacji zapis, który jest zapisem bezprawnym, a ogranicza on ustawowo do 3% zysku osiąganego przez nadawców tantiemy i honoraria za wykorzystanie praw autorskich. To jedyny w polskim prawie wypadek cen regulowanych ustawowo, których – jak wiemy – nie ma ani na masło, ani na chleb, samochody, bilety kolejowe czy cokolwiek. Umowa między autorem udostępniającym do emisji swój utwór a nadawcą, który chce go w jakiejkolwiek formie wykorzystać, jest umową cywilną, a więc podlega negocjacji między stronami. Było nieźle, gdyby ustawodawca o tym pamiętał i nie wpisywał do ustawy bredni.
Jest zatem o czym mówić w związku z nową nowelizacją ustawy. Ale czy będzie to naprawdę rozmowa, czy też nowe podawanie sobie pod stołem „sekretnych celów” i jeszcze bardziej sekretnych pieniędzy – przekonamy się niebawem.

 

Wydanie: 31/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy