Zagadki chrześcijaństwa

Wieczory z Patarafką

Biblia jest nie tylko największym bestsellerem wszech czasów, ale też ciągnących się przez tysiąclecia sporów teologicznych, a od jakichś 150 lat także śmiertelnych pojedynków między uczonymi. Doszło w końcu do tego, że każda religia na niej oparta ma dwie bardzo odmienne od siebie wersje. Oficjalne organizacje kościelne wyznają wersję dosłowną, ale nawet ci sami duchowni wiedzą już, że tę opowieść trzeba rozumieć symbolicznie. I odnosi się to do najrozmaitszych wyznań – od judaizmu, poczynając, a na wszelkich pochodnych chrześcijańskich, a nawet muzułmańskich kończąc. O muzułmanach nie wiem prawdę mówiąc zbyt wiele, ale i tam przecież muszą być jacyś światli ludzie. Zresztą my, chrześcijanie, mamy dosyć swoich kłopotów.
Wiążą się one przede wszystkim z wątpliwościami, kim naprawdę był historyczny Jezus i czym w istocie było wczesne chrześcijaństwo. Wszystkie dane na jego temat pochodzą z okresu późniejszego, a dogmatyka chrześcijańska uformowała się nawet o kilkaset lat później. Takie dziwy jak niepokalane poczęcie zostały zdezawuowane już bardzo dawno temu. Jezus miał wcale liczne rodzeństwo i był najprawdopodobniej dzieckiem nieślubnym. Tyle wynika nawet z Ewangelii. A chrześcijaństwo było początkowo jedną z licznych w tym czasie żydowskich sekt. Tyle na pewno wiadomo. Cała reszta jest piękną przypowieścią. Oczywiście, nie kwestionuje się ani procesu, ani ukrzyżowania. Ja bym także nie kwestionował Jezusowych cudów, bo i współcześnie Satya Sai Baba potrafi ich dokonywać. A nawet tak powszechnie kwestionowanie zmartwychwstanie, w świetle danych zgromadzonych przez paranukę jest do przyjęcia. Tyle że niekoniecznie przez uczonych.
Oliwy do ognia dolało odnalezienie rękopisów z Qumran sprzed przeszło 2 tys. lat. A właściwie nawet wcześniej odnaleziono tzw. rękopis damasceński, który być może mówi o Jezusie. Odtąd posypały się niekonwencjonalne teorie. Same, niezmiernie liczne rękopisy znad Morza Martwego znaleziono w latach 40. XX w., ale bardzo niemrawo opublikowano je dopiero po 50 latach, co stało się powodem istnej lawiny posądzeń i podejrzeń.
Najsławniejsza była hipoteza Baigenta i Leigha, że Watykan celowo opóźnia publikację rękopisów, ponieważ zawierają one fakty kompromitujące chrześcijaństwo. Co nie okazało się prawdą, gdy wreszcie w latach 90. teksty zostały opublikowane. Ale pozostają w mocy inne hipotezy, jak Eisenmana, Golba, Schifmana czy Barbary Thiering – częściowo dostępne i po polsku, wiążące chrześcijaństwo z sektą esseńczyków, której dziełem były najprawdopodobniej rękopisy z Qumran. Oficjalne stanowisko – nie wiedzieć czy Kościoła, czy Synagogi, co w tym wypadku na jedno wychodzi – przedstawił Jonathan Campbell w książce „Zwoje znad Morza Martwego” także przełożonej na język polski. Jego praca nie przynosi jakichś sensacyjnych rewelacji, spokojnie i po prawdzie nudnawo przedstawia dzieje odkrycia rękopisów, ich powstania i znaczenia dla biblistyki. Ale tu właśnie jest pies pogrzebany.
Zdaniem Campbella, rękopisy powstały głównie 200 lat przed narodzeniem Jezusa, więc nie mogą ani o nim samym, ani o chrześcijaństwie zawierać żadnych wzmianek. A to, co odnoszono do Jezusa, Pawła czy Jezusowego brata – Jakuba Sprawiedliwego – dotyczy w istocie różnych wcześniejszych postaci z okresu Machabeuszy. Argumenty brzmią sensownie, wspierają się także na datowaniu C14. Ale czy są rzeczywiście niezbite i ostateczne – to jednak zupełnie inna sprawa. W paru miejscach Campbell wyraźnie wykręca się sianem, co nawet taki laik jak ja może zauważyć. Zresztą tych fragmentów jest niezmiernie dużo i naprawdę nie wiadomo, co się jeszcze znajdzie.
Jedno i Campbell przyznaje. Już przeszło 2 tys. lat temu nie istniał tylko kanoniczny tekst Pisma i najprawdopodobniej nie istniał nigdy. Więc wszystkie wersje są równouprawnione, czyli żadna nie może być owocem jednorazowego natchnienia. Czyli należą raczej do historii niż do religii, co zresztą od dawna było przyjęte przez liberalnych wyznawców zarówno chrześcijaństwa, jak i judaizmu. Spór więc trwa dalej i pewnie nieprędko się skończy. Myślę nawet, że nigdy. I bardzo dobrze, bo cóż to za życie bez tajemnic?

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy