Warto się opamiętać

Warto się opamiętać

Moje komentarze do „sprawy Eriki Steinbach” nie mogły się wszystkim podobać, nie podobały się też niektórym moim wiernym czytelnikom. Panu doktorowi Tadeuszowi Sz. odpowiem prywatnym listem; w tym miejscu uzupełnię o parę uwag to, co przedtem napisałem.
„Zwycięstwo” Władysława Bartoszewskiego, działającego w imieniu rządu, nad Eriką Steinbach obruszyło Niemców w większym stopniu, niż mogą publicznie powiedzieć, zaszkodziło pozycji Angeli Merkel w jej partii i ujawniło niechcianą prawdę, że stare niezgody etniczne między Niemcami i Polakami nie wygasły. O ile Niemcy po wojnie przeżyły proces głębokiej przemiany, to Polacy wprost przeciwnie, od dwudziestu lat w chełpliwy sposób budują piedestały dla swoich najgorszych wad narodowych.
Polsce w przewidywalnej przyszłości nic nie zagraża ze strony Niemiec, prócz jednej możliwości, że polski przypadek potraktują one jako empiryczny dowód, że w XXI w. w zjednoczonej (czyżby?) Europie nacjonalizm popłaca, że może być uznaną podnietą do wywierania presji na sąsiedni kraj w takiej lub innej sprawie i że warto wobec tego Polskę pod tym względem naśladować.
We wszystkich sprawach, na których Polakom bardzo zależało – NATO, UE – Niemcy nas popierali. W Polsce było to przyjmowane bez pokwitowania, jako należne nam względy. Niemcy oczywiście mieli w tym swój interes, ale w ich interesie było też obwarowanie tego poparcia różnymi warunkami, a tego nie zrobili. Poza tym wyświadczyli Polakom wiele przysług materialnych, które wcale nie były w ich interesie. W odpowiedzi na to Polska stawia Niemcom wymagania m.in. odnoszące się do ich stosunków gospodarczych z Rosją i żąda zaniechania budowy gazociągu bałtyckiego. Co ciekawe, kanclerz Angela Merkel i w tej sprawie była bliska ugięcia się pod polskim naciskiem. Mówi to wiele o stosunku oficjalnych Niemiec do Polski, ale polskim rządom, a raczej partiom, tego wszystkiego za mało. Wyciągają z tego wniosek, że stosunki międzynarodowe są z plasteliny i można je ulepić, jak się chce.
Przypisuję sobie dozę zdrowego rozsądku wystarczającą do tego, żeby nie mieć raz na zawsze wyrobionego stosunku do jakiegoś narodu. Myślę jak Fryderyk Nietzsche, że nie ma narodów złych ani dobrych. Podczas pięciu lat okupacji, z wyłączeniem wiosny i lata 1941 roku, czuliśmy się, my, dzieci i dorośli, mniej więcej tak, jak czuje się zwierzyna łowna podczas polowania. Niemców się nienawidziło. Nigdy nie jest jednak tak źle, żeby nie mogło być gorzej. W 1944 roku już i do naszych okolic dotarli banderowcy. Przed UPA szukano schronienia u Niemców. Oświęcim, kula w łeb – wszystko to wydawało się mniej straszne od rzezi. I oto hipermoralny i hiperczujny, gdy chodzi o Niemców, polski rząd poświadcza kłamstwo wołyńskie, prezydent bierze udział w zakłamanych uroczystościach ukraińskich władz, tak samo albo jeszcze bardziej nacjonalistycznych jak polskie. Nacjonaliści wszystkich krajów, łączcie się pod hasłem szkodzenia Rosji. Niemcy tak głęboko, jak to się chyba nigdy i nigdzie nie zdarzyło, „rozliczyli się” ze swoją przeszłością, potępili zbrodnie popełnione przez nich lub w ich imieniu, ale nie są po „naszej” stronie, bo nie chcą toczyć zimnej wojny z Rosją. Władze ukraińskie stawiają pomniki zbrodniarzom z UPA, idealizują ich i wychowują młodzież na tych wzorach, ale są po „naszej” stronie, bo jest nadzieja, że wciągną swój naród w politykę wrogości do Rosji. Na Ukrainie z faszyzmu zdjęto tylko nazwę, cała reszta jest przedmiotem kultu.
Władysław Bartoszewski uzasadnia swoje żądania co do pomniejszenia praw Eriki Steinbach tym, że w głosowaniu w sprawie uznania granicy na Odrze i Nysie ona była przeciw. Jeżeli dopuszcza się głosowanie czy to w parlamencie, czy na radzie wojennej, to głosujący za lub przeciw nie może być o to obwiniony. A poza tym za jakimi granicami Polski opowiedział się Sejm III RP, gdy pomniejszał za karę prawa obywatelskie między innymi tym, którzy służyli w straży granicznej przed 1989 rokiem? Jeżeli uznano, że strzeżenie tych granic zasługiwało na karę, ustawową szykanę, to chyba nie przywiązywano wielkiego znaczenia do tych granic. Bartoszewski przytacza też inne antypolskie rzekomo wypowiedzi pani Steinbach, ale żadna z nich nie podważa praw Polski w takim stopniu jak na przykład powiedzenie Donalda Tuska sprzed paru lat, że „druga wojna światowa skończyła się w 1989 r.”. Czy gdyby w Niemczech istnieli rewizjoniści, nie uchwyciliby się tego rodzaju oświadczeń, których było mnóstwo? Jeżeli wziąć poważnie to, co się w Polsce uchwala w odniesieniu do PRL, to do 1989 roku legalnego państwa polskiego nie było. Uchwały sejmowe i wstępy do ustaw niejeden raz kwalifikowały PRL jako władzę zbrodniczą. Jeżeli pojawi się kiedyś jakaś siła wroga polskiemu państwu, to nie wyobrażam sobie, żeby nie wykorzystała antypeerelowskiego ustawodawstwa Sejmu III i IV Rzeczypospolitej. Polskiego Sejmu trzeba się więc bać, a nie Eriki Steinbach.
Polskie rządy wywodzące się z solidarnościowego podziemia (nic nie było bardziej widoczne niż to podziemie) ciągle domagają się od krajów zachodnich uwzględniania polskich interesów, polskiej „pamięci”, polskiej „wrażliwości”, polskich urojeń. Te i wiele innych żądań obejmują jednym mdlącym słowem „solidarność”. Same jednak nie okazują zrozumienia dla imponderabiliów swego głównego sojusznika w Europie. W końcu to Niemcy przeżyły „największą katastrofę geopolityczną XX w.”, a nie Rosja, i trzeba wobec tego zdarzenia zachować przynajmniej minimum taktu, zwłaszcza gdy się jest głównym beneficjantem tej katastrofy.
Władysław Bartoszewski, dzielny człowiek, takich nam trzeba na wypadek wojny. Teraz jednak zarówno w kraju, jak w stosunkach z zagranicą nadużywa kombatanckiego immunitetu. Niekiedy występuje w dobrej sprawie, ale ostatnio wystąpił w złej. Czasem w swoich anatemach i obelgach tak się zagalopuje, jakby był jednym z typowych „solidaruchów”, o których Słowacki z niejakim wyprzedzeniem pisał:
„W Polsce rycerze w polu naprzód się popiszą,
A potem w karczmach sobie ciągną trunek
I pić mogą przez całe życie na rachunek:
I gdy im w poprzek jacy przeciwnicy staną,
Mogą przez całe życie tą krwią nieprzelaną
……………………………………………………………..
……..przez całe życie pluć, mospanie, w twarze
I opinie o tym swoje rozgłaszać w pokoju
Na tym słowie oparci tylko: byłem w boju”.

Wydanie: 11/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy