„Gazeta Wyborcza” i kapitalizm

„Gazeta Wyborcza” i kapitalizm

Czytam „Gazetę Wyborczą” od początku jej istnienia. Z wieloma tekstami publikowanymi na jej łamach się zgadzałem, z wieloma nie, tzw. linia programowa „Gazety” raz podobała mi się bardziej, a raz mniej. Opublikowałem w niej jednak kilka tekstów publicystycznych. Wszystko to piszę, aby uprzedzić możliwe oskarżenia o to, że jej dzisiejsze kłopoty mnie cieszą. Tak nie jest. Kłopoty owe dają natomiast do myślenia. Pokazują bowiem, jak faktycznie wygląda relacja pomiędzy kapitalizmem a wartościami, które nie pasują do jego uwielbienia zysku. To wrogość. Mam wrażenie, że nie byli tego świadomi założyciele „Gazety”, naiwnie wierząc, że kapitalizm niejako z definicji sprzyja wolności w jej wszelkich wymiarach. Jak my wszyscy dopatrywali się oni zagrożenia w państwie, z nim jedynie kojarząc istnienie cenzury i ograniczenia w swobodzie wrażania poglądów. Wiązali kapitalizm z demokracją i pluralizmem ideowym. Nie potrafię inaczej niż ślepą miłością do tak rozumianego kapitalizmu wyjaśnić wejścia Agory wraz z „Gazetą” na giełdę, z góry wszak było wiadomo, że jej akcje mogą trafić w ręce ludzi, którzy albo będą jej wrodzy, albo będą mieli jej posłannictwo w nosie. W grę wchodziła tu oczywiście także żądza zysku, ale pojmowana prawdopodobnie jako niewinny dodatek do rzeczy większych i ważniejszych („robimy rzeczy dobre, a przy okazji zarabiamy”).

Tymczasem kapitalizm tak nie działa. To siła zarazem budująca, jak i niszcząca. Wyzwalająca, ale i ograniczająca. Ślepa na inne wartości niż zysk, amoralna i bezwzględna. Jej działanie w przypadku „Gazety” obnażyło z całą mocą swoistą schizofrenię, w jakiej tkwi spora część polskiej inteligencji. Ta, z jednej strony, jest przywiązana do wartości wyższych, z drugiej – wyraża podziw, a czasami i uwielbienie, dla mechanizmów rynkowych, które faktycznie je negują i niszczą. Nie chce albo nie umie zrozumieć prawdziwej natury kapitalizmu. Wciąż tkwi w okresie budowania jego mitologii, z typowymi dla tej mitologii bajkami o skapywaniu bogactwa z góry na dół, ludziach jako kowalach swojego losu, sprawiedliwości relacji rynkowych, wartości merytokracji. Nie da się ukryć, że „Gazeta” była istotnym narzędziem jej budowania.

Szczególną rolę odegrał tutaj red. Witold Gadomski, którego fanatyczne oddanie obronie najbardziej niesprawiedliwej i brutalnej wersji kapitalizmu związanej z ideologią neoliberalizmu jest powszechnie znane. Dziś powinien on właściwie przyznać, że to, co się przytrafia „Gazecie Wyborczej”, jest uzasadnione i należy to pochwalić, jako że wierność mechanizmom rynkowym, a przede wszystkim konieczności osiągania zysku przez poszczególne przedsiębiorstwa jest nadrzędnym i jedynym zasadnym celem uczestników gry rynkowej, do których wszak „Gazeta” należy. Dodajmy, że teza ta, wyrażona pierwotnie przez guru neoliberalizmu Miltona Friedmana, de facto delegitymizuje jakikolwiek bunt przeciwko wyrokom rynku, czyli także ten, który wyrażali ostatnio redaktorzy „Gazety” z Adamem Michnikiem na czele. Tymczasem jej ewidentna szkodliwość społeczna jest dziś oczywista.

Można jedynie mieć nadzieję, że zrozumiał to także Donald Tusk, onegdaj żarliwy wyznawca neoliberalizmu – o czym świadczy zarówno jego pełna entuzjazmu, stanowiąca manifest tegoż neoliberalizmu przedmowa do książki Janusza Lewandowskiego „Neoliberałowie wobec współczesności” (wydanie podziemne z 1989 r., pierwsze legalne z 1991 r.), jak i praktyka polityczna – i że jego powrót do krajowej polityki nie oznacza próby tchnięcia życia w trupa neoliberalizmu. Problem jednak w tym, że ani on, ani kształtowane przez niego organizmy polityczne nie miały nigdy innego pomysłu na politykę ekonomiczną niż neoliberalizm (jak najwięcej rynku, jak najmniej państwa). Jego porzucenie wiązałoby się z koniecznością wypracowania jakiegoś nowego stanowiska. Jest to oczywiście możliwe, tyle że bardzo trudne, gdy odmienne od neoliberalnego stanowiska ekonomiczne są już pozajmowane przez prawicowe i lewicowe ugrupowania polityczne.

W tej sytuacji pozostaje jedynie próba nadania nowego sensu liberalizmowi, innego niż ten nadany mu przez Friedmana, Hayeka, Balcerowicza, Lewandowskiego i Gadomskiego. Sięgnięcia po inne tradycje wewnątrz tego złożonego obozu ideowego. A to akurat jest możliwe, że wspomnę o tradycji tzw. nowego liberalizmu brytyjskiego z przełomu XIX i XX w. Choć wychodził on od typowych dla liberalizmu przesłanek filozoficznych, to starał się nadać im taki sens, który był możliwy do pogodzenia z ideami państwa socjalnego. Doprowadziło to ostatecznie do jego powstania w Wielkiej Brytanii w wyniku reform wprowadzonych w życie w okresie międzywojennym, a rozwiniętych po II wojnie światowej (wielką rolę odegrał tu liberał lord Beveridge i jego raport z 1942 r. postulujący dalsze reformy socjalne). Gdyby kierowana przez Tuska Platforma Obywatelska poszła tym tropem, mielibyśmy w Polsce w przyszłości do czynienia jedynie ze sporem o kształt państwa dobrobytu, a nie o zasadność jego istnienia. Bardzo bym sobie tego życzył.

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy