Czas renegatów

ZAPISKI POLITYCZNE  

Dawniej ludzie uważani za przyzwoitych miewali przekonania. W najwyższej cenie były takie, co je zwano niezłomnymi. „To jest człowiek o niezłomnych przekonaniach!” – tak brzmiała najwyższa ocena wartościowej osoby. Owe niezłomne przekonania, dostrzegane u kogoś, dawały rękojmię, że ich nosiciel, nawet jeśli będzie wyrażał jakieś odmienne od ogółu ludzi myślących zdanie, to jednak zawsze, w każdej sytuacji, zachowa się przyzwoicie. Ale tak było dawniej. Zmieniło się.
Dzisiaj ludzie sami siebie uważający niezmiennie za przyzwoitych zmodyfikowali nieco stare reguły niezłomności i zamiast przekonań mają, czy też wolą mieć, interesy skłaniające do wyznawania takich zasad, jakie w danej chwili mogą ich nosicielowi przynieść jak najwięcej korzyści, przeważnie osobistych.
Pojawiło się zjawisko masowych porzuceń własnych, pierwotnych przekonań moralnych bądź politycznych, zwane renegacją. Słowo to ma rodowód w średniowiecznej łacinie. Słownik wyrazów obcych tak je objaśnia: „Renegat – człowiek zdradzający swoje ideały, wypierający się dotychczasowych przekonań, przechodzący na stronę przeciwnika; odstępca, zdrajca”. Piszę o tym nieprzypadkowo, gdyż coraz wyraźniej dostrzegam, iż NASTAŁ NAM CZAS RENEGATÓW. Obserwowałem to z ogromnym bólem i rozczarowaniem do pewnych ludzi zaraz po wyborczej klęsce mojej Unii Pracy, po wyborach w 1997 roku. Widzę to obecnie, gdy przed nowymi wyborami rodzą się bez większego bólu nowe partie polityczne, składające się z ludzi o zupełnie innych przekonaniach, niż mieli, gdy członkostwo ich starych partii dawało im pieniądze i zaszczyty, a w niektórych przypadkach najwyższe godności i urzędy w Rzeczypospolitej. Teraz ci sami ludzie po klęsce rządów, jakie nieudolnie sprawowali, salwują się ucieczką do nowych tworów politycznych, zyskujących wśród oszołomionych tymi zmianami wyborców nawet dość spore poparcie.
Szukając analogii w realnym świecie, można takie postępowanie porównać do aktualnej sytuacji powodziowej, w której ludzie zagrożeni w dolinach nadciągającą wielką wodą szukają schronienia na okolicznych wzgórzach. Mimo pozornego podobieństwa moralny wydźwięk zdarzeń jest diametralnie różny. Uciekają przed powodzią ludzie, którzy jej nie spowodowali, uciekają często bez niczego, gdyż nie zdążyli się zabezpieczyć na ponure lata bezdomności i utraty całego dorobku życiowego. Natomiast politycy szukający schronienia w nowych partiach politycznych, do których bez cienia wstydu wstępują, choć często są to organizacje o zupełnie innej ideologii, wynoszą w te – jak się im nie bez podstaw wydaje – bezpieczne miejsca spore bagaże nie tylko doświadczeń zawodowych i politycznych, ale również niezłe skarbczyki, pełne mieszkań na wynajem, sporej gotówki, zbiorów cennych antyków i akcji rentownych spółek, jak to – ku zgorszeniu biedoty – wyznał niedawno pewien młodociany polityk, doprowadzając do furii wielu słuchaczy zapewnieniem, że skoro tak dobrze potrafił zadbać o swoje, to i publicznym dobrem zajmie się z pożytkiem. Zapomniał tylko wyjaśnić, z czyim pożytkiem. Czy aby nie ponownie ze swoim własnym?
Dla mnie smutne jest nie tylko, że tak się dzieje, lecz przede wszystkim fakt, iż większość tych „perekińczyków” – jak po rusku nazywano renegatów w mojej podolskiej młodości – to ludzie, którzy wyszli z szeregów jednej ze świętości moich życiowych wspomnień, czyli z dawnej „Solidarności”. Choć pocieszam się słowami pewnego ministra, który mi wyznał w chwili szczerości, co następuje: „Chcę cię zapewnić, iż rząd, w którym jestem ministrem, nie ma nic, ale to absolutnie nic wspólnego z tą „Solidarnością”, stworzoną przez nas w roku 1980, i z jej zjazdem z roku 1981, kiedy uczestniczyliśmy w pierwszym od lat wielkim zrywie niepodległościowym”.
Smutne wyznanie, zważywszy, że mówi to człowiek do dzisiaj wierny staremu mitowi (już tylko mitowi) o buntowniczym związku. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest inne zjawisko. Oto w kraju, gdzie w kręgach prawicowych wyklęte jest wszystko, co trąci PRL-em, kolosalną popularność zdobył człowiek, jeden z założycieli ostro prawicowej Platformy, który jawnie wszem wobec ogłosił, że był szpiegiem Paktu Warszawskiego w krajach zachodniej Europy. To tajemnicze powodzenie ów „ruski szpieg” zawdzięcza niewątpliwie osobistemu urokowi i urodzie działającej na kobiety, które lubują się w dojrzałych (czytaj: starzejących się) mężczyznach. W tej tajemnicy tkwi także nie tylko całkowita nieracjonalność idei lustracyjnych – lekceważonych lub nawet wrogo traktowanych przez szerokie kręgi społeczeństwa – ale także coś, czego lustratorzy nie brali pod uwagę. Tego mianowicie, że mimo wszystkich urazów wobec ludzi związanych z nieboszczką komuną – a założyciel Platformy był wręcz filarem owej „złej” siły – liczy się także inteligencja i sprawność osobnicza człowieka tak obciążonego przeszłością, że trudno bardziej.
Opisuję to nie jako oskarżenie konkurenta politycznego, lecz jako ciekawostkę naszych tak trudnych do objaśnienia czasów. Dodam, że mnie, polityka niewątpliwie lewicowego, nie martwi opisany wyżej zdumiewający sukces Platformy. Już to kiedyś pisałem, powtórzę jednak, bo sprawa jest poważna i nieco groteskowa zarazem. Może się bowiem okazać, że po sukcesie lewicy, prawdopodobnym, lecz o niewiadomej trwałości, pałeczkę władzy przejmie człowiek ubabrany w komunę i jej ciemne sprawki po same uszy. Zapewne tego nie dożyję, ale nie jest wykluczone, że założyciel Platformy uczyni z niej tak wielką siłę polityczną, iż zdobędzie summa cum laude pałac prezydencki. Niech wtedy da na mszę za moją grzeszną duszę. Proszę mu to w stosownej chwili przypomnieć.

29 lipca 2001 r.

Wydanie: 32/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy