Inwazja nieudaczników

Inwazja nieudaczników

Ileż to groteskowych powiedzeń PiS wprowadziło już do potocznego języka, a jakie wkrótce się narodzą? Oto tylko niektóre: „agent Tomek”, „dobra zmiana”, „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO”, „gorszy sort”, „Misiewicze”, „San Escobar” i cudna nowość – „córka leśniczego”. Takie osobliwości rodzą się i żyją tylko wtedy, gdy społeczeństwo broni się kpiną przed presją władzy.

To, czego doświadczamy ze strony rządzących, to walka z różnorodnością na rzecz jednorodności, ze spontanicznością na rzecz kontroli – co typowe dla każdego nacjonalizmu. Nie było w historii świata dyktatury wolnej od tego mechanizmu.

Zawsze to samo oszołomienie, gdy zaglądam do mediów publicznych. Najbardziej szokują programy społeczno-publicystyczne. W hotelu w Inowrocławiu wpadam na TVP info. Ależ szczucie na Europę, styl pierwszych dni stanu wojennego. I to pouczanie: Europo, weź się w garść, walcz z obcymi, inaczej zginiesz. Rzygać się chce, więc w popłochu skaczę na inny kanał. A przy okazji co za upadek rzemiosła w mediach rządowych. Lepszy sort wypycha ze stanowisk fachowców, każdy może być tam już każdym. Trwa inwazja nieudaczników, wołają: teraz my, teraz nasza kolej, wy już się nachapaliście. Trochę podobnie działo się za Platformy, ale skala była nieporównywalna i w tym „politycznym narzucie” było jednak więcej zdolnych ludzi. Za PRL również więcej fachowców stało po stronie władzy niż teraz, nie było wtedy alternatywy. A cenzura działała podobnie jak obecnie. Niepotrzebne były listy zakazanych tematów i nazwisk, to wisiało w powietrzu. Redaktor, który przed 1989 r. zaprosiłby do programu Michnika, straciłby pracę. Teraz też.

Niechęć do Arabów i islamu zaczyna w Polsce przybierać coraz częściej formę obsesji. A obsesja nie słucha racjonalnych argumentów. Pisałem już nie bez lęku, że czuję rezerwę wobec Arabów i islamu jako formacji umysłowej i kultury, ale moją niechęć, zapewne opartą na niewiedzy, wtłaczam w zwykłą ludzką przyzwoitość i w racjonalne myślenie. Ciekawe, że teraz w Polsce niechęć do orientalnych przybyszów przenosi się automatycznie na Ukraińców. To uogólniony lęk przed innymi, nawet jeśli to nasi bliscy krewni. W Polsce zaczyna brakować rąk do pracy, jak na Zachodzie, więc kogo mamy sprowadzać, może Szwajcarów? Też bym wolał Szwajcarów, ale oni nie wiedzieć czemu nie chcą do nas imigrować. Wtedy moi oponenci mówią: jeżeli zapewnimy naszym obywatelom zarobki jak na Zachodzie, to Polacy nie będą emigrować. I starczy rąk do pracy. Nawet wtedy nie starczy – straszą demografowie. Potrzebujemy ludzi z zewnątrz. Ale obsesje nie tolerują racjonalnego myślenia. A Kościół nasz zaczyna wracać do swoich źródeł i raczy mówić ustami biskupów o miłosierdziu dla bliźnich, też dla uchodźców, nie tylko katolików. Wszyscy jesteśmy w szoku, że taki szlachetny. Do tego już doszło, że nas to zdumiewa.

Z redakcji „Zwierciadła” biorę dzienniki nadesłane na konkurs „Dzień po dniu”. Wymyśliłem go dawno i od lat jestem przewodniczącym jury. Prac mniej niż zwykle, ale setka się uzbierała. Tendencja spadkowa trwa od kilku lat, ludzie nie mają czasu, energii ani ochoty, zewsząd słyszę, że dotyczy to też wszelkiej działalności społecznej. Zawsze gdy czytam te dzienniki, porusza, jak gęsto w nich od nieszczęść. Zwykle dramaty są rozproszone, gdyż z natury swojej jesteśmy osobni. Kiedy czytam sto dzienników naraz, wszystko tam się kumuluje jak w szpitalu. Na tym tle widzę, jak mi dobrze, nawet kiedy mi źle. Bardzo mało w tych dziennikach, o wiele mniej niż kiedyś, politycznych emocji. Jakby ludzie mieli już dosyć tej sfery. Ale autorki, zdarza się czasami autor, mają w stu procentach liberalne poglądy. A samo „Zwierciadło”, chociaż wystrzega się polityki, z natury jest antypisowskie. Dotyczy to wszystkich tzw. pism kobiecych. Tam jednak nie lansuje się modelu kobiety w kuchni, rozmodlonej maszynki do rodzenia dzieci. Widzę więc pilną potrzebę stworzenia pisma bliźniaczego do „Twojego Stylu” i „Zwierciadła”, dla kobiet zacnych, które bez in vitro i grzesznych środków antykoncepcyjnych rozmnażają się na chwałę ojczyzny, a czas spędzają w kuchni.

Spotkanie autorskie w Inowrocławiu, duża, dobra publiczność. Nazajutrz do Gniezna, stamtąd pociąg do Warszawy. Wsiadam pewny swego i zanurzam się w dziennikach Sándora Máraia – ukazał się właśnie drugi tom, świetny, ale ten pierwszy, wojenny, bardziej polecam – by po godzinie zorientować się, że jadę do Berlina. Niewiele brakowało i bym tam dojechał. Moje podejrzenie wzbudził fakt, że pociąg niemal opustoszał. Co za upokorzenie. Już zupełnie straciłem zaufanie do siebie. Jak więc mogę żądać zaufania od czytelników?

Wydanie: 26/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy