Święto Kiszczaka

Święto Kiszczaka

Prawie się zgadzam z Andrzejem Gwiazdą, gdy mówi, że dwudziesta rocznica wyborów 4 czerwca będzie świętem generała Kiszczaka („Dziennik”). Niuans, jaki wnoszę, brzmi: nie będzie, lecz powinna być. Jest przecież faktem niezaprzeczalnym, że gen. Kiszczak przez dziewięć lat czuwał nad „Solidarnością”, gęsto przetykał jej siatkę konspiracyjną swoimi czujnymi ludźmi, skrupulatnie przeliczał jej przepływy dolarowe – nie czyniąc żadnych szkód w jej finansach – równoważył nadmiar oszołomów rozważnymi tajnymi agentami, a gdy przyszła odpowiednia pora, zmienił postawę paternalistyczną na partnerską i rozpoczął ze swymi kłopotliwymi podopiecznymi negocjacje jak równy z równym. Nic się bez jego nieraz decydującego udziału nie odbywało, ani przygotowanie do wyborów, ani zaakceptowanie ich wyników. Rola „Solidarności” była w najważniejszych momentach bierna, polegała na braniu bez pokwitowania tego, co jej gen. Kiszczak dawał. Donald Tusk wyraził ostatnio tę prawdę w bardzo zaszyfrowany sposób. Powiedział mianowicie (cytuję z pamięci, ale dokładnie), że „Solidarność” stoczyła wielki bój, nie używając broni ani nawet pałek, i zwalczyła w ten sposób najgroźniejszą hydrę XX wieku. To słowo „bój” powtórzył kilka razy. „Pod znakiem orła i pogoni poszli nasi w bój bez broni” – z takim napisem stoi tablica koło wsi Szyce pod Krakowem. Trzeba ją przenieść do muzeum „Solidarności”. Tusk nie jest wyjątkiem, wszyscy uczestnicy strajków i zgromadzeń ulicznych pod znakiem „S” są przekonani, że brali udział w strasznym boju i z tej racji uważają się za kombatantów.
Mogli sobie wybrać na obchody rocznicę jakiejś bójki, którą prezydent awansowałby pośmiertnie do rangi boju, i w takim razie gen. Kiszczak stałby tam, gdzie stało ZOMO. Wybrali jednak wybory, wydarzenie istotnie ważne, a w takim razie gen. Kiszczak, współtwórca tego wydarzenia, powinien zajmować honorowe miejsce i wygłosić najważniejsze przemówienie.
Ten „bój” streszcza w sobie mistyfikację, jakiej partie solidarnościowe dopuszczają się na swojej przeszłości i swojej roli w obaleniu komunizmu. Wiedzą, że żadnego boju nie było, i czują się nieswojo z tą zmistyfikowaną świadomością. Dlatego usilnie zabiegają o to, aby z zewnątrz, z zagranicy ich wiara w „bój” została potwierdzona. Obchody rocznicowe zostały zaadresowane głównie do sąsiadów i europejskich sprzymierzeńców Polski, od których chce się uzyskać potaknięcie, że „Solidarność” uwolniła Europę od hydry komunizmu. Tak jak gen. Kiszczak zostaje wyretuszowany z przygotowania wyborów, tak Gorbaczow nie liczy się, jeśli chodzi o zjednoczenie Niemiec. Gdyby nie „Solidarność”, mur berliński stałby do dziś. Uznania takiej wizji historii Polska domaga się od sąsiadów. Na razie tylko prosi po dobremu.
Rządy partii solidarnościowych mają wygląd wesoły, sejmowy, wybory odbywają się w przepisowych terminach i z użyciem przepisowych błazeństw, oskarżenia nikomu nie szkodzą, chyba że są fałszywe. Politykom nie grozi kompromitacja, w razie czego przechodzą do innej partii. Jeżeli stosują metody gangsterskie, jak w sprawie „odrolnienia”, to narobią tyle pomyłek, że cała akcja kończy się na niczym. Jeden wypadek śmiertelny na tyle niebezpiecznych intryg to niewiele. Czasami rozrywkowe metody rządzenia posuwają za daleko, jak w przypadku zmiany konstytucji w tym celu, żeby pewien rezolutny kułak z Pomorza nie mógł przez kilka lat kandydować do Sejmu, ale media przedstawią to jako ustanowienie wysokich standardów demokracji. Dla osób będących akurat w dobrym humorze najzabawniejsze jest, że ludzie sprawujący władzę kontynuują na tych stanowiskach to, do czego nawykli w epoce „boju”. Ich etos jest oczywiście heroiczny i heroiczne cele stawiają państwu. Rozglądają się po świecie, wypatrując miejsc, gdzie potrzebna jest interwencja polskiej bojowości, gdzie można posłać wojsko albo gdzie prezydent mógłby pojechać z misją zagrzewania do boju miejscowych herosów.
Przy okazji rocznicy warto się zadumać nad tym, w jaki sposób tej wesołej ferajnie dostała się władza nad Polską. Tu znowu trzeba wrócić do gen. Kiszczaka. Ekipa generała Jaruzelskiego w jakimś momencie doszła do słusznego wniosku, że nadal tak jak dotychczas rządzić nie można, a nawet nie ma sensu. Ciekawe, w czym upatrywali najważniejszy problem. Gdyby ich troską był stan gospodarki, perspektywy rozwoju kraju, to zmienialiby ustrój gospodarczy, przywrócili wolność wymiany i produkcji, prywatną własność itp. Żeby takie reformy przeprowadzić, musieliby zrezygnować z części władzy na rzecz merytokracji, technokracji, kół gospodarczych, musieliby przede wszystkim samym sobie dać swobodę myślenia, społeczeństwu dać czas na wyłanianie autentycznej reprezentacji politycznej i zrobić wiele podobnych oczywistych rzeczy. W tym kierunku chciał poprowadzić reformy Mieczysław Rakowski, gdy został premierem, ale Jaruzelski mu to uniemożliwił Okrągłym Stołem. Dla ekipy Jaruzelskiego najważniejszym problemem było co innego: kłopoty, jakie sprawiła nielegalna „Solidarność”. To nadało zupełnie inny kierunek dążeniom reformatorskim, minister policji wysunął się jako naturalny ich wykonawca, a skutkiem stały się rządy solidarnościowe, dzięki którym jest nam dziś tak wesoło.

Wydanie: 22/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy