Jestem za, a nawet przeciw

Jestem za, a nawet przeciw

Ten dialektyczny tytuł zaczerpnięty z wypowiedzi Lecha Wałęsy nie jest tutaj żartem ani przymrużeniem oka. Przeczytałem otóż w „Przeglądzie” (nr 7) wywiad z profesorem warszawskiej ASP Andrzejem Bieńkowskim „Kolberg – nowe zjawisko” i rzeczywiście dopadł mnie Wałęsowski dylemat: zgadzam się z Bieńkowskim i jednocześnie totalnie nie zgadzam. Już wyjaśniam. Małgorzata Kąkiel pyta: „Ale Ludwik Stomma zarzucił mu (Kolbergowi – L.S.) w felietonie w »Polityce« nazbyt prostą i łatwą metodę etnograficzną. Przyjeżdżał do dworu, dziedzic sprowadzał przed jego oblicze jeszcze niewybatożonego chłopa i Kolberg przy węgrzynie spisywał radosne piosenki”. „No nie! – odpowiada profesor. – To oczywiście prawda, ale co, miał jeździć z kamerą wideo? Mieliśmy naród niewolników, żyjących w kurnych chatach, pracujących sześć-siedem dni w tygodniu, biednych, zahukanych, nieufnych. (…) Jak więc miał do nich dotrzeć? Musiał korzystać z pomocy dworów”. Zgadzam się – musiał, innej logistyki nie było. Tyle że w kilkudziesięciu tomach Kolberg nie zająknął się nawet o niewolnictwie, biedzie, zahukaniu. Jest dzisiaj w Rzeczypospolitej moda na zapełnianie tzw. białych plam. Nie wspomina się jednak o bodaj największej białej plamie: o niewolniczym losie chłopstwa polskiego przez stulecia. We Francji, gdzie kondycja chłopów była skądinąd nieskończenie lepsza niż nad Wisłą, trzeba było dopiero uczonego z odległej Kalifornii Eugena Webera („La fin des terroirs”, Paris 1983), żeby wstrząsnąć sumieniem społecznym i żeby specjaliści przynajmniej zaczęli się zastanawiać nad tragedią uciemiężanych. W dzisiejszej Polsce jest to rzecz niemożliwa z dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, prawdziwy opis dziejów polskiego chłopstwa kwestionowałby sielską legendę o romantycznych szlacheckich dworkach, a tym bardziej o zasługach patriotycznych rodzimej magnaterii upominającej się dzisiaj, po wiekach, o zadośćuczynienie, kasę. Do głów im nie przyjdzie, że to może oni winni zadośćuczynić zniewalanym, a przekształcenie ich pałaców w np. muzea publiczne czy ośrodki zdrowia jest aktem sprawiedliwości społecznej, jakiekolwiek byłyby zapisy w księgach wieczystych. Po drugie, podnoszenie tych kwestii musiałoby przynieść próbę przynajmniej rozliczenia stosunku do wsi w gloryfikowanym jednobarwnie dwudziestoleciu międzywojennym, a co za tym idzie, przyznanie, że dopiero peerelowska reforma rolna, walka z analfabetyzmem, Nowa Huta itd. włączyły stopniowo chłopów w obieg kultury narodowej. Oba warunki nie do przyjęcia w logice naszej „polityki historycznej”, której ambicją jest odpowiadanie na kłamstwo kłamstwem. O ileż bardziej przydatne jest przywoływanie wsi wesołej, rozśpiewanej i roztańczonej. Do tego zaś jej obrazu Oskar Kolberg walnie się przyczynił.
Mówi prof. Bieńkowski: „Jego (Kolberga – L.S.) pionierstwo polegało na tym, że spisywał nie tylko słowa, ale i muzykę! A ta muzyka nie jest możliwa do zapisania ot tak, bo jest grana w skalach nietemperowanych. On musiał to transkrybować na skale temperowane”. I znowu: tak i nie tak. Nie znam się na muzyce, ale słowa Kolberg niemiłosiernie cenzurował, nie pozostawiając w nich niczego obscenicznego (co zawsze było sednem przyśpiewek weselnych) ani antydworskiego czy antyklerykalnego. Nie ma w słowach zapisanych przez Kolberga śladu owych: niewolnictwa, biedy i zahukania. Chociaż wiemy z wielu innych świadectw, że i o tym nucono.
Czego jeszcze się dowiadujemy? „Urosło pokolenie młodych ludzi, którzy na podstawie jego zapisów próbują odtworzyć muzykę i śpiew. Tamte, autentyczne. Dla nich Kolberg jest nie tylko wielkim uczonym – kto wie, czy nie największym antropologiem kultury w skali światowej – on im pozwala dotknąć przeszłości”. Tutaj już zaczyna się, oprócz megalomanii, melokomedia. Oskar Kolberg być może był wielkim etnomuzykologiem. Nie ma to jednak absolutnie nic wspólnego z antropologią kultury. Tej dyscyplinie, powstałej zresztą grubo po nim, jego świadectwo, wyłączywszy oczywiście zapisy nutowe, wyłącznie szkodzi. Niechaj grają kapele muzykę z zapisów „największego antropologa kultury w skali światowej”. Świetnie – i ja pójdę w oberka. Ale ten wir i tan nie pozwalają nam nijak dotknąć przeszłości ani rzeczywistości. Tutaj właśnie Kolberg i jemu podobni sieją intelektualne spustoszenie. Udany przytup zastępuje nierozliczoną do dzisiaj wielką narodową tragedię, która zadecydowała o naszych dziejach.
Szanowny panie profesorze, w gruncie rzeczy jesteśmy po tej samej stronie barykady. Bronimy tradycji ludowej, odnajdujemy w niej tak wiele rzeczy, które tzw. wyższej kulturze przeciekły między palcami. Jestem pana profesora wiernym i szczerym fanem. Tylko dlaczego akurat Kolberg? Pod tym sztandarem nie pomaszeruję. Z dwojga złego bliższy mi już Jakub Szela ze Smarzowej koło Jasła.

Wydanie: 10/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy