Rosja prozachodnia

Rosja prozachodnia

BEZ UPRZEDZEŃ 

Byłem w Moskwie w roku 1975 i doznałem wrażenia, że miasto zasiedlone jest głównie przez mniejszości narodowe i dysydentów.
Za bramą uniwersytetu zapytałem o coś przechodzącego studenta. Udzielił mi wyjaśnień więcej, niż mogłem zapamiętać i poinformował przy okazji, że pochodzi z Uzbekistanu, ale prosi, abym go nie brał za Uzbeka, bo w rzeczywistości jest Karakałpakiem. Powiedział też, na czym polega wyższość narodu karakałpackiego nad uzbeckim i innymi. Pomyślałem, że to jakiś wyjątkowy oryginał, ale wkrótce przekonałem się, że problem “tożsamości narodowej” należy do często i prawie zupełnie otwarcie dyskutowanych. Studenci z republik azjatyckich przywozili do Moskwy tylko swoje skośne oczy, natomiast wiedzę o historii i kulturze swoich narodów zdobywali dopiero na uniwersytecie imienia Łomonosowa. Obarczony polskimi stereotypami dziwiłem się otwartości, z jaką w środowiskach inteligenckich i aparatczykowskich mówiono o problemach narodowościowych Związku Radzieckiego. Wydawało się, że jest to dziedzina wyjęta spod cenzury i oddana swobodnej dyskusji. Znajoma wykładowczyni z uniwersytetu mówiła mi, ni to się skarżąc, ni to dziwiąc, o arogancji litewskich studentek manifestujących swój litewski nacjonalizm. Wieczorami u przyjaciół mojego przyjaciela zbierali się młodzi naukowcy, synowie wysokich radzieckich dygnitarzy i z jakimś, jak mi się wydawało, zarozumialstwem rozprawiali o swoich nierosyjskich – ormiańskich, czeczeńskich czy innych – korzeniach. Skąd im się to wzięło, skoro ich rodzice – Mikojan był wujem jednego z nich – byli czystymi patriotami sowieckimi, doskonałymi internacjonalistami? Mimo upadku Związku Radzieckiego skład narodowościowy Moskwy przecież się nie zmienił i fakt ten nie może pozostawać bez żadnych skutków.
Tożsamość narodowa nie stanowiła tematu typowo dysydenckiego. Dysydenci ten problem lekceważyli. Nawet Aleksander Zinowiew (wówczas już wyrzucony z pracy w Akademii Nauk) nie bardzo się tym interesował, mimo iż skądinąd twierdził, że jedynym czynnikiem rozpadu ZSRR, jaki warto brać pod uwagę, są nacjonalizmy mniejszości narodowych. Dla dysydentów godną uwagi “kwestią narodową” był wyłącznie nacjonalizm wielkorosyjski, niełatwy jednak do zauważenia w Moskwie. Aleksander Zinowiew, który w niejednej prognozie się pomylił, w tym punkcie miał dużo racji. Twierdził on ponadto, że Rosjanie nie stanowią narodu w takim znaczeniu, w jakim narodem są Litwini, Francuzi czy Polacy. Mimo odłączenia się republik, niewiele lub zgoła nic istotnego pod tym względem się nie zmieniło. Zachodni znawcy Rosji doskonale wiedzą, jakie trudności ze swoją tożsamością narodową mają Rosjanie. Okazało się, że wspomniani moi znajomi moskiewscy nie potrafili jednak cofnąć się, czy zagłębić w swoje etniczne korzenie tak głęboko, by nabrać pewności, że nie są Rosjanami. Tylko w kręgach ekspertów polskiego rządu istnieje pełna jasność, co to znaczy dziś być Rosjaninem. Tej “jasności” towarzyszy niezachwiane przekonanie, że ci Rosjanie stanowią podglebie dla nieuchronnego wielkoruskiego nacjonalizmu.
Państwa podlegają pewnym prawidłowościom, a najprostszą z nich jest popadanie w konflikt z innymi państwami. Napoleon wykrawał państwa, jak mu się podobało i na czele niektórych stawiał a to brata, a to szwagra, a to kogoś innego z bliskich. I wystarczyło, że brat Józef wprowadził się do pałacu królewskiego w Madrycie, a już między Hiszpanią i Francją pojawiły się nowe kwestie sporne. Ale trzeba rozróżniać wagę kwestii spornych. Te, które pojawiają się obecnie między Rosją a Ameryką (z Europą stosunki układają się idealnie), nie są dla żadnej ze stron groźne. Gdyby nawet uległy zaostrzeniu, o co bardzo łatwo, to nie powinniśmy stracić z pola widzenia tak ważnego faktu, jak pęd Rosji do okcydentalizacji na wszystkich istotnych płaszczyznach: ustrojowej, cywilizacyjnej, obyczajowej, gospodarczej, kulturalnej. Do upodobnienia się jeszcze daleko, zapewne nigdy do niego nie dojdzie i nie o to przecież chodzi. Ważne jest to, że Rosja chce należeć do Zachodu, Stany Zjednoczone i Niemcy stanowią dla niej najwyższe wzory. Mówi im ona niejako: jestem cała do wzięcia, ale na warunkach honorowych, więc nie róbcie mi afrontów. I Europa stara się nie robić Rosji afrontów. Z natury rzeczy stosunki ze Stanami Zjednoczonymi muszą być gorsze, ale gorsze niż bardzo dobre to jeszcze nie znaczy złe.
Rosja jest politycznie nieobliczalna z powodu nie przezwyciężonej jeszcze anarchii. Z zupełnie innego powodu nieobliczalne robią się Stany Zjednoczone: wzrost ich potęgi, ich wszechobecność na kuli ziemskiej, uwikłania w niepoliczalną ilość spraw za granicą wymykają się spod kontroli elity Waszyngtonu.
Ktoś może powiedzieć, że Rosja jest zafascynowana Zachodem “od zawsze” i niewiele z tego wynikało. Odwołam się jeszcze raz do Aleksandra Zinowiewa. We właściwym sobie, kpiarskim tonie mówił, że uczony sowiecki za pozytywną recenzję w najmarniejszym czasopiśmie amerykańskim oddałby wszystkie swoje stopnie i tytuły akademickie, a wiadomo, czym były te stopnie i tytuły w ZSRR – prawie wszystkim dla naukowca. Czy z tego nastawienia rzeczywiście nic nie wynikło? Ten uczony był ni mniej ni więcej tylko zwiastunem Gorbaczowa i Jelcyna.

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy