Mamy nowy kłopot

Mamy nowy kłopot

Ostatnio dokonany przez reżim Łukaszenki akt piractwa postawił cały cywilizowany Zachód przed nie lada problemem. Nie zareagować na uprowadzenie samolotu pasażerskiego i aresztowanie dwojga podróżujących nim pasażerów, białoruskich opozycjonistów (Romana Protasiewicza i Sofii Sapiegi), nie można było. Reakcja słaba, symboliczna ośmieszałaby Zachód, pokazując jego bezsiłę, a bat’kę Łukaszenkę tylko by rozzuchwaliła. Musiała być mocna. I była. Zamknięcie dla samolotów białoruskich europejskiej przestrzeni powietrznej jest niewątpliwie reakcją zdecydowaną i dla Łukaszenki dotkliwą. Wstrzymanie pomocy finansowej również jest dotkliwe. Ale karząc reżim Łukaszenki, wpycha się go w ramiona Rosji.

Przez wiele lat Łukaszenka lawirował między Moskwą a Zachodem – gdy Rosja zbyt mocno naciskała na jeszcze ściślejszą integrację, robił się bardziej liberalny i przymilał do Zachodu. Z całą pewnością celem dalekosiężnym Rosji jest wchłonięcie Białorusi. Nie tylko zwasalizowanie. Białoruś niemal od początku swojej niepodległości jest zwasalizowana. Bez pomocy Rosji, bez rosyjskiej ropy i gazu, sprzedawanych po preferencyjnych cenach, gospodarka białoruska zawaliłaby się w parę miesięcy. Ale Łukaszenka, paradoksalnie, gwarantował niepodległość Białorusi. Kiedyś marzył, że po Jelcynie to on zostanie prezydentem tworu zwanego (nomen omen) ZBiR. Prezydentura Putina wybiła mu to z głowy. Polubił swoją prezydencką, de facto dyktatorską, władzę. Wolał być dyktatorem niepodległej Białorusi niż jedynie gubernatorem tej prowincji z ramienia, a właściwie z woli i fantazji, Kremla. Podobno więc stawiał się nieraz nawet Putinowi. Ale argumentów nie miał. Argumenty, w postaci ropy i gazu, zawsze miał w ręku Putin. Ten zaś, formalnie uznając odrębność Białorusi, faktycznie krok po kroku zacieśniał więzy Białorusi z Rosją. Dopiero po fali protestów po ostatnich wyborach Łukaszenka, zdany na łaskę Putina, zaczął coś opowiadać, że emeryturę chętnie spędziłby… w Rosji.

Równocześnie obecność Łukaszenki na czele Białorusi powstrzymywała Zachód przed wiązaniem się z nią poważniejszymi więzami gospodarczymi, a także – co może mniej ważne, ale zawsze – więzami współpracy kulturalnej i naukowej. Dla Zachodu, również dla Polski, Białoruś zawsze była swoistym skansenem ZSRR. To tam i tylko tam, inaczej niż na Ukrainie (może poza wschodnią), wciąż stały pomniki Lenina, kołchozy nosiły radzieckie nazwy, dominował język rosyjski i niestety powszechna była radziecka mentalność. Ale Białoruś nie wyhodowała sobie, jak Rosja czy Ukraina, oligarchów. Korupcja i przestępczość także były tam mniejsze. Białoruś jest też jedynym europejskim państwem, w którym zachowano karę śmierci i te wyroki są wykonywane. Jest anachroniczna również w tym względzie.

I rzecz najciekawsza. Spośród wszystkich państw dziedziców dawnej Rzeczypospolitej Białoruś najbardziej, nieporównanie bardziej niż Litwa czy Ukraina, przyznawała się do wspólnego z Polską dziedzictwa. Miała świadomość zakorzenienia w tradycji dawnej wielkiej Rzeczypospolitej, na którą nałożyła się później tradycja radziecka, tworząc osobliwy konglomerat. Z Białorusią mamy też mniej niż z Ukrainą czy z Litwą sporów o przeszłość, mamy mniejsze rachunki krzywd.

Akt piractwa lotniczego wymusił reakcję Zachodu, co będzie miało dalsze skutki. Niektórzy nasi publicyści podejrzewają, czy wręcz twierdzą, że Rosja, dystansując się od powszechnej krytyki terrorystycznego wyczynu Łukaszenki, równocześnie jest zła na Białoruś, że Putin zruga (może już zrugał) Łukaszenkę, bo incydent z porwaniem samolotu utrudni mu rozmowy z Joem Bidenem, na których bardzo mu ponoć zależy.

Nie chcę iść w podejrzeniach za daleko, nie śmiałbym przeto stawiać tezy, że to Rosja namówiła Białoruś do tego bezprecedensowego aktu państwowego terroru w czasach pokoju, jakim jest uprowadzenie pasażerskiego samolotu z ponad setką ludzi na pokładzie, po to by aresztować dwoje dysydentów. Pewnie tak nie było. Ale ten głupi akt Łukaszenki był dla Rosji wyjątkowym prezentem. Wiadomo, że Zachód będzie musiał na to zareagować sankcjami. A każda jego sankcja z natury rzeczy zbliża Białoruś do Rosji, przybliża moment jej całkowitego wchłonięcia. Im sankcja silniejsza, tym bardziej przybliża. Przybliża więc cel, do którego Rosja Putina dąży systematycznie od lat.

Jednak w ostatnim roku na Białorusi pojawił się czynnik, którego dotychczas nie było i który tym samym nie miał wpływu na zagmatwaną sytuację polityczną. Tym nowym czynnikiem jest społeczeństwo obywatelskie, które pojawiło się, przynajmniej w dużych miastach, po fali protestów po wyborach prezydenckich. Zrodziła się też świadomość narodowa Białorusinów, których młode pokolenie wychowało się już nie w ZSRR, ale w niepodległym, a z początku nawet demokratycznym państwie. Wydaje się, że z tym nowym faktem każdy musi się liczyć, musi go uwzględniać w swoich kalkulacjach także Rosja. Ale nie sądzę, by był to czynnik wystarczająco silny, aby powstrzymać Rosję w jej zapędach do odtworzenia, choćby w pewnym zakresie, ZSRR. Wchłonięcie Białorusi przesunęłoby granice Rosji o kilkaset kilometrów na zachód. I to jest dla Putina gra warta świeczki. Wszystko wskazuje, że na Białorusi i wokół niej będzie jeszcze się działo. A Unia Europejska, osłabiana od wewnątrz przez Polskę i Węgry, ma nowy kłopot. Kłopot, z którego nie ma dobrego wyjścia.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 23/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy