Trudno przyjaźnić się z pisarzem

Trudno przyjaźnić się z pisarzem

Kto lepiej zrozumie pisarza niż inny pisarz? Tylko on zna na wskroś lęk przed pierwszym zdaniem i zdaniem ostatnim, drżenie łydek tuż przed oddaniem książki do wydawcy. I drżenie rąk przed spotkaniem autorskim, i tę upiorną myśl: a jak nie przyjdzie pies z kulawą nogą i zostaniemy sami? My plus wydawca – z tymi wszystkimi ciastkami, których nikt nie zje? Dlatego pisarz pisarzowi chętnie pokazuje fragmenty swojej pracy.

Pisarz pisarzowi nie odmówi przecież tych kilku chwil wzruszeń, ekscytacji czekania na telefon i upragnionych komplementów… Zaraz. A można w ogóle inaczej? No, powiedzmy, jeśli jest coś do uratowania, jeśli mamy czas i możemy cokolwiek poprawić – dobrze jest usłyszeć kilka słów prawdy i jeszcze redagować, redagować, ile wlezie.

Co innego film po montażu. – Byłem na premierze filmu przyjaciela – opowiada mi kumpel. – Straszne gówno, klęska. Pretęcha i patos. Do tego nudny. W ogóle nie dało się oglądać. I widzę – idzie. Idzie reżyser w moją stronę. Próbowałem się schować za filar, ale wyraźnie mnie dostrzegł, usta rozwarł w uśmiechu. Podchodzi, pyta: „I jak?”. – No i co?! – niecierpliwię się, bo fajnie zbudował napięcie. – I co? Co mu powiedziałeś? – Jak to co? „Wspaniałe! Wybitny film, stary. Gratuluję”.

Cóż, sytuacja jest patowa. Nie należy przecież nigdy wierzyć twórcy, który mówi, że doskonale oddziela siebie od dzieła i krytykę znosi na luzie, wierząc we własne siły i traktując pobłażliwie stękanie malkontentów. Prawda jest taka, że żaden pisarz nigdy ci nie wybaczy i nigdy nie zapomni, jeśli mu powiesz w przypływie szczerości, jak mało cię obeszła jego książka. Co robić? Na przykład można próbować z wdziękiem się wymigać i kiedy podczas kolacji temat schodzi na dzieło – zapatrzyć się melancholijnie w okno, odpisać na fikcyjnego esemesa, wymknąć się cichcem do klopa lub – gdy jest się desperatem – wylać na siebie lub sąsiada kieliszek (czerwonego!) wina. – Och, och, teraz trzeba posypać to solą! Moje najlepsze spodnie! Trudno po czymś takim wrócić do literatury, czar prysł i znów rozmawiamy o środkach czystości, garderobie i kuchni.

Biedni krytycy, którzy – zaprzyjaźnieni z reżyserami – wymykają się po spektaklu, nie zdążywszy nawet zapalić w miłym towarzystwie. Taksówkę musieli zamówić od razu po oklaskach, wybiegają w rozwianych płaszczach, gubiąc drobne. Unikają kontaktu wzrokowego z dramaturgiem, który, przeciwnie, szuka kontaktu wzrokowego z krytykiem, by – jak to się mówi – nie zostawić go sam na sam ze swoimi myślami. Dobrze, że w grę nie wchodzą pościgi. Już to sobie wyobrażam – ucieczki autem na sygnale, rozmazane prędkością uliczne światła, zamaskowani krytycy ukryci w limuzynach z przyciemnionymi szybami. I wreszcie finał. Krytyk pod murem z pistoletem przystawionym do głowy. – No i jak, podobało ci się? Nie? Taki jesteś kolega? Ty taki i owaki – tu możemy rozwinąć naszą językową wyobraźnię, która w kwestii wulgaryzmów na pewno – jak to się mówi – daje radę.

Śmichy-chichy, ale wiele długodystansowych przyjaźni skończyło się w ten sposób – ot, negatywną albo tylko pobłażliwą notką w gazecie. Ktoś komuś przyznał za mało kropeczek, ktoś komuś za mało gwiazdek i skończyło się rumakowanie, wspólny kieliszeczek w Wigilię i wesołe pijackie piątki, które tak lubimy spędzać z przyjaciółmi.

Cóż, mówmy otwarcie: trudno przyjaźni się z artystami, ale bez nich też bieda. Życie traci smak, kolory powoli ulatniają się i znów nikt nie nadaje sensu tym szarawym styczniowym dniom. Dlatego gdy dzwoni nasz przyjaciel pisarz, uśmiechamy się czule i mówimy: – Czytałem. Wspaniałe, wielkie. Pół nocy nie spałem. I dziś też nie zasnę.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy