Anglojęzyczny Sejm i żelazna kurtyna

Anglojęzyczny Sejm i żelazna kurtyna

Na podstawie informacji wziętych z gazet odnoszę wrażenie, że obecnie największym kłopotem SLD jest problem, komu oddać władzę nad krajem w razie wygrania przyszłorocznych wyborów do Sejmu. Liderzy Sojuszu wyglądają na przekonanych, że obsadzanie ważnych stanowisk swoimi ludźmi byłoby postępowaniem nieładnym. Przekonują ich o tym partie obecnie rządzące i wspierająca je prasa. Zwłaszcza ta ostatnia im bliżej do końca obecnej kadencji parlamentu, tym częściej daje wyraz przekonaniu, że państwo należy po wyborach odpartyjnić, stanowiska obsadzać fachowcami itd. Po wyborach znaczna część, a może wszyscy urzędnicy z mianowania AWS będą już prawdopodobnie bezpartyjni, bo ów AWS może przestać istnieć. SLD będzie miał dylemat: albo ze szkodą swoich zwolenników i społeczeństwa zostawić tamtych na miejscu, albo narazić się na zarzut upartyjnienia państwa, dzielenia łupów itp. W odróżnieniu od partii posierpniowych SLD w żadnym ze swoich wcieleń nie przeszedł doświadczenia walki o swoją podmiotowość (kluczowe pojęcie dla myśli politycznej ostatnich dwudziestu lat), wskutek czego tylko w bardzo ograniczonej mierze rację przyznaje sobie, w głębi duszy przyjmując, że słuszność, jak też moralna wyższość (a przy okazji też i fachowość wszelkiego rodzaju) znajduje się po stronie przeciwników. Niższe hierarchie i baza Sojuszu być może tak nie myślą, ale kierownictwo wypowiada się na ogół w tym duchu.
Wyłania się też – sądząc po tym, co przeczytałem w gazecie – drugi kłopot kierownictwa SLD: kogo spośród swoich dopuścić do wygrania wyborów? Pojawił się pomysł (miejmy nadzieję, że pozostanie to tylko pomysłem), aby od kandydatów SLD na parlamentarzystów wymagać znajomości języka angielskiego. Tu już jest nad czym się zadumać. W czasach Paktu Warszawskiego i RWPG nie wymagano od posłów czy członków KC znajomości języka rosyjskiego. W niektórych hiszpańskojęzycznych rejonach Stanów Zjednoczonych można objąć stanowisko z wyboru, nie znając języka angielskiego. Leszek Miller nauczył się w dojrzałym wieku tego języka, przypuszczam, dla własnej satysfakcji, a nie z obiektywnej potrzeby. Polityk w kontaktach oficjalnych z cudzoziemskimi swymi odpowiednikami nie tylko może mieć tłumaczy, ale w ważniejszych rozmowach musi ich mieć. Kanclerz Adenauer doskonale znał język francuski, generał de Gaulle doskonale znał niemiecki, ale rozmów oficjalnych nie prowadzili bez tłumaczy. Nie wystarczy w takich razach zwykła znajomość języka obcego, nie wystarczy nawet wykształcenie filologiczne: niezbędny jest wysoki stopień specjalistycznego przygotowania, niedostępny osobom mającym co innego do roboty niż ślęczenie nad słownikami i ćwiczenie wymowy. Praktyka na pozór świadczy o czym innym: politycy państw Unii rozmawiają ze sobą po angielsku. Ale o czym oni rozmawiają? Porozumieć się w sprawie kąta zakrzywienia ogórka można nawet na migi. Wymaganie od kandydatów na posłów do polskiego Sejmu znajomości angielskiego świadczy jedynie o snobizmie. Jeśli wróżyć na podstawie pewnej dysharmonii zaznaczającej się między kierownictwem i bazą SLD, to można się liczyć z możliwością rozłamów w przyszłości: nie będą one dzielić na lewe skrzydło i prawe skrzydło, lecz na frakcje anglojęzyczną i polskojęzyczną. Zobaczymy, która wygra wybory.

“Gazeta Wyborcza” podała ciekawe informacje za fachowym czasopismem “British Medical Journal”. Okazuje się, że Polska i inne kraje wschodniej części Europy coraz bardziej oddalają się od Europy Zachodniej, jeśli chodzi o przeciętną długość życia. Ta różnica od dawna istniała, ale co ciekawe: “W 1990 r. różnica wynosiła cztery lata, a siedem lat później wzrosła do sześciu”. Fakt prosi się o skomentowanie i wskazanie przyczyn. Dziennikarz podaje przyczynę powiększonymi literami: “Żelazna kurtyna sprawiła, że w naszej części Europy żyje się gorzej i krócej. Co więcej, ta przepaść pogłębia się”. Wyjaśnienie polega na zwykłym zaprzeczeniu wymowy faktów. Oraz samych faktów. Dlaczego ta przepaść pogłębia się po zniesieniu żelaznej kurtyny? Zamiast zastanowić się nad realnymi przyczynami, dziennikarz przepisuje aksjomat, który wyhaftował sobie na makatce, aby nigdy nie zapomnieć, co należy mówić, gdy nowy ustrój nie potrafi rozwiązać jakichś problemów. Wystarczy, że naczelny redaktor oddali się okresowo za granicę, a już jego dziennikarze zaczynają pisać głupstwa.
Naczelny “Trybuny” również chyba za często przebywa poza redakcją i nie wie, co tam pod jego nieobecność ogłaszają bez komentarza. Poseł Tadeusz Iwiński, chcąc uspokoić obawy obywateli państw Unii Europejskiej przed masowym napływem siły roboczej m.in. z Polski, mówi w swoim przekonaniu uspokajająco: “Tymczasem tylko 30 (trzydzieści) proc. Polaków chce pracować w Unii Europejskiej”. Tylko 30 procent! Trzydzieści procent to jest 9 milionów minus starcy i plus dzieci oraz inni członkowie rodziny. Nie licząc tego miliona (ostrożnie biorąc), który już tam pracuje. Te “tylko 30 proc.” przekracza obawy nawet tych, którzy mają najczarniejsze obawy, jak Haider i jemu podobni. Na szczęście, mówimy tu tylko o obawach jednych i marzeniach drugich, a nie o realnych możliwościach.

Wydanie: 46/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy