Powiedzmy Unii TAK

Powiedzmy Unii TAK

Rzadko sięgamy do instytucji demokracji bezpośredniej. Referenda, z łacińskiego: głosowania ludowe, odbywają się zwykle w sprawach szczególnie ważnych. Mimo to nie cieszą się zbyt wielkim zainteresowaniem społeczeństwa. Powodów jest wiele, ale skutek jeden. Nie przekraczając ustawowego progu, którym jest udział więcej niż połowy uprawnionych do głosowania, referenda nie są rozstrzygające. Za kilka dni będziemy odpowiadali na najważniejsze pytanie, jakie stanęło przed Polską po 1989 r. I bardziej martwimy się o to, czy połowa dorosłych Polaków weźmie udział w głosowaniu, niż o sam wynik. Wiele wskazuje, że największy problem 7 i 8 czerwca będziemy mieli z frekwencją.
Za nami długa kampania o dusze Polaków. Było w niej wiele starć między entuzjastami i sceptykami wejścia do Unii. Nie brakło demagogii i straszenia rozlicznymi nieszczęściami czekającymi nas w barwach Unii. Przeciwnicy integracji nie potrafili przedstawić żadnej sensownej alternatywy. Nie jest przecież porywająca koncepcja nierobienia niczego i trwania na obecnych pozycjach. Zwłaszcza że za bardzo nie ma czego bronić.
Unię, podobnie jak system demokratyczny, można stosunkowo łatwo krytykować. Ale na razie nie ma lepszych rozwiązań. Kampania przedreferendalna mocno osłabiła dwa skrajne, choć popularne mity o Unii. Pierwszy, że samo wstąpienie grozi nam katastrofą i utratą suwerenności, i drugi, że będąc w grupie państw unijnych, nie będziemy musieli o nic się martwić, bo Unia rozwiąże za nas wszystkie problemy. Po drodze przeszliśmy przyspieszony kurs edukacji. Dużo więcej wiemy i lepiej rozumiemy istotę integracji. Zracjonalizowaliśmy nasze oczekiwania. Nie liczymy na mannę z nieba, ale na stworzenie lepszych warunków do funkcjonowania gospodarki, a także życia publicznego. Wiemy przecież, o co walczymy.
O rozwój i lepszą jakość życia. Pozbywamy się kompleksów. Coraz więcej Polaków wierzy, że będąc w Unii, będziemy w jej czołówce. Że to my będziemy nadawać ton. Warte podkreślenia jest to, że mimo tylu podziałów, animozji i niechęci, jakie obserwujemy w świecie polityki, w tej jednej sprawie potrafili się porozumieć ludzie z różnych obozów. Gdyby jeszcze ten sojusz ponad podziałami dało się przenieść na rozwiązywanie naszych największych wewnętrznych problemów, mielibyśmy do czynienia z zupełnie nową jakością.
Szanowni Czytelnicy!
Kto mógł i chciał, już zdążył do Was zaapelować. Teraz my rozstrzygamy.
Sami zdecydujemy, czy otworzymy uchylone drzwi do Unii i postawimy kropkę nad „i”.

Wydanie: 23/2003

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy